wtorek, 18 lipca 2017

Mój rok bez Taty.




















       Rok temu wydarzyła się najsmutniejsza rzecz w moim życiu. Zmarł mój Tata. Nie pamiętam już nawet ile razy starałam się  napisać o tym o czuję. Zwykle próbowałam i po kilku zdaniach dawałam za wygraną. Zaczynałam, bo czułam potrzebę wyrzucenia z siebie ciężaru, który zupełnie zrujnował moją silną osobowość i rezygnowałam , bo stawałam się zbyt słaba emocjonalnie żeby pisać dalej.  
Przez ostatnie 365 dni myślałam o Nim ciągle. Przy śniadaniu, myciu, zakupach i nawet wtedy kiedy rozmawiałam na zupełnie inny temat. Paraliżował mnie dźwięk ambulansu, a głośna muzyka wywoływała łzy. Jedyna radość, którą mogłam znieść to wesołość moich dzieci. Dlatego unikałam większych spotkań. Nie wiem jak długo powinna trwać żałoba, rok czy pół, bo jeśli ktoś odrobinę rozumie siebie, to wie kiedy jest gotowy znów zacząć tańczyć. Choć w tej sytuacji łatwo się też pomylić, bo w żałobie bywa różnie. Są chwile kiedy wydaje się, że wszystko będzie dobrze. Może nie jak dawniej, ale dobrze. Przypominałam sobie wtedy te wszystkie złote myśli, że taka jest kolej rzeczy i że każdy kiedyś odejdzie z tego świata. Ale tydzień później jeszcze bardziej tęskniłam i jeszcze bardziej się bałam. W żałobie dużo się płacze. Lęk, że nigdy już nie zobaczę swojego Taty ściskał mi żołądek i ugniatał klatkę piersiową. Nie pomagał wstrzymany oddech, zaciśnięte pięści i powieki. Żeby poczuć ulgę szukałam Go wszędzie. W kształcie fryzur  i ubraniach innych mężczyzn i w Jego starych rzeczach. Mogłam je oglądać bez końca, tak jakbym chciała sprawić, żeby ta historia się nie skończyła. Czasem było mi lepiej, gdy posiedziałam chwilę w zakładzie Taty, w Jego fryzjerskim fotelu. Czasem pozwalałam dzieciom się pobawić tak jak On pozwalał kiedyś mi. Pozwalałam dotykać im grzebienie i szczotki , ale bardzo uważałam, żeby potem pozostały w miejscu, w którym Tata ułożył je dawno temu i zawsze odkładał w to samo miejsce. Pewnego dnia moja siostra powiedziała mi, ze kapelusz, w którym chodził wciąż Nim pachnie. Ten zapach był jak morfina. Zmniejszał ból i uzależniał. I jeszcze samotność, co wieczór, kiedy D. nie było w domu, a dzieci zasypiały. Chociaż przeszkadzał mi gwar i chciałam być sama, to wieczorem pojawiał się ogromny, paniczny lęk, że znów mogę stracić kogoś bliskiego.
    Jak więc cieszyć się życiem, kiedy tak dużo myśli się o śmierci? Przez wszystkie moje lata Tata dawał mi na to przykład. I nie trzymał się podręcznikowych reguł wychowania. Wystarczyło, ze patrzyłam na szczęśliwego człowieka, który lubił swój świat i kochał żyć. Podobno żartował jeszcze, gdy układali Go na noszach. Przez ostatni rok nie zawsze miałam ochotę żartować, ale starałam się. Zdarzały się chwile kiedy śmiałam się zupełnie szczerze. Miałam wiele powodów, żeby się cieszyć. Spotykałam dobrych ludzi, rozwijałam swoją pasję w pracy, spełniło się kilka moich marzeń. Za każdym razem myślałam o tym, jak bezustannie we mnie wierzył i bardzo cieszył, gdy coś mi się udało. Zamiast egzaltowanego „super” kładł mi dłoń na głowie i z uśmiechem w oczach mówił „dobrze dzieciaku”. I tych roześmianych oczu i dłoni na głowie nigdy nie zapomnę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz