czwartek, 16 lutego 2017

Zima zła.

















      Mam kilka powodów, żeby nienawidzić zimy. Po pierwsze - rachunki za ogrzewanie, po drugie -ubieranie dzieci przed wyjściem na dwór,  i po trzecie - choroby, które dopadły nas w tym roku jak nigdy.
Trzy tygodnie spędziliśmy w domu, a Józkowi i Jurkowi temperamentem bliżej jest do norweskiego leśnego przedszkola niż do kanapy w salonie. Dlatego, na ile pozwalały im siły, cieszyli się chociaż z wietrzenia domu i posłusznie, z uśmiechem wielkości tropikalnych bananów, wskakiwali pod kocyk. Zabójczy wręcz dla ich stanu entuzjazm pojawiał się, gdy rano oznajmiałam o kolejnej wizycie w przychodni. Będzie spacer! Będzie przygoda!
Przestałam już łudzić się, że telefon do rejestracji mi odpowie. Biegłam więc co sił w nogach rano ze swoją słodką tajemnicą w postaci góry od piżam pod kurtką, żeby zdążyć na 8, na otwarcie ośrodka zdrowia. 8.10 brak numerków. Trzeba próbować między pacjentami. A to już prawdziwe wyzwanie. Brałam książki, przekąski i niezawodny telefon z krótkimi filmikami i podenerwowana czekałam, czy właśnie teraz, kiedy mam szansę wejść do gabinetu, nie pojawi się ten skrupulatny i nieugięty typ pacjenta, który biega szybciej i w porannej kolejce do okienka stał przede mną. Pewny siebie, posiadacz ostatniego, szczęśliwego numerka.
     Szczęście w nieszczęściu, że chore dzieci to spokojne dzieci. Powiem to głośno, choć z pewną dozą nieśmiałości- przy chorych dzieciach czasem da się odpocząć. Po pierwsze dlatego, że gdy smaga ich gorączka często same chcą spokoju i snu. Po drugie dlatego, że miękkie matczyne serce boli, gdy czujesz, że Twoje dzieci cierpią, więc wychodzisz naprzeciw ich prośbom i sama proponujesz długie seanse bajkowe.
A potem dzieci zaczynają zdrowieć i zaczyna się ten stan, w którym trzeba decydować czy już można wyjść na dwór, czy jeszcze lepiej nie. Bo one by chciały biegać, skakać, latać, pływać i najlepiej wszystko naraz, w tej samej chwili, bo nagromadziły w sobie taką ilość energii, która postawiłaby na nogi co najmniej połowę populacji hipochondryków. One by chciały tarzać się w śniegu, lizać sople, odmrażać uszy, nosy i poliki,  i układać na grzejniku mokre rękawiczki.
    Nie jestem typem mamy-niedźwiedzicy, która zimę spędza z małymi w swojej gawrze i głośno ryczy na termometr, gdy kreska zjeżdża w dół. Nawet trochę się cieszę, że żyję w miejscu, gdzie wszystkie pory roku są wyraźne, gdzie latem mogę kąpać się w jeziorze, a zimą jeździć po nim na łyżwach. Świeże powietrze nie szkodzi zdrowiu, bez względu na to, czy z nieba leje się żar, czy pada śnieg, a podstawą fizycznej krzepy jest spokojna głowa. Dlatego przepraszam Państwa, będę już kończyć, bo czas się przewietrzyćJ!

Ps. W sesji obok Józka i Jurka udział wzięli: Eliza i Ignacy z Piknikowego Pola.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz