poniedziałek, 31 października 2016

Czas czarodziej.










































       Pewnie niektórzy z Was wiedzą, że niecałe trzy miesiące temu zmarł mój Tata. Nie potrafię opisać szczęścia, jakie czułam kiedy urodziłam dzieci i nie potrafię opisać bólu, kiedy odszedł przyjaciel. 
Poczułam żal, że nie zawsze słuchałam i że za mało zadawałam pytań. Poczułam strach, ze nigdy już nie dotknie dłonią mojej głowy i lęk, że jeśli zniknął Tata, który miał być zawsze, może zniknąć też Mama i dom, który stworzyli. Przepadnie mój dziecięcy świat. 
Infantylne opowieści z dzieciństwa o duchach straciły na wartości, a cmentarz stał się dla mnie miejscem, gdzie czuję się bezpiecznie i spokojnie.

       Czy w Święto Zmarłych zabiorę dzieci na cmentarz? Raczej nie. Czy powiedziałam im o Dziadku? Nie. Nie są jeszcze gotowi i ja nie jestem. Ale gdybym musiała powiedzieć im teraz, opowiedziałabym im o mijającym czasie.  O tym, że „z czasem nieprzycinana grzywka wpada do oczu, a wzrok przyzwyczaja się do ciemności”, że „wyrastamy z ubrań, ale wchodzimy coraz głębiej do morza”, że są takie rzeczy które muszą się zdarzyć, ale czas nam pomoże je przetrwać. 
„Czas czarodziej” to książka dla dzieci, która trafiła prosto w moje serce. Józio lubi jej treść, Jurek ilustracje, a ja lubię ją za to, że tak mądrze potrafi mnie wzruszyć. 

wtorek, 25 października 2016

Ten dzień.

























       

    To nie był dzień, kiedy chce mi się śpiewać, tańczyć i unosić nad ziemią, i nie taki, w którym można przeciągać się na słońcu leniwie jak kot. To był zimny i deszczowy poranek, kiedy odprowadzałam Józia do przedszkola. Przed sobą pchałam wózek z Jurkiem, który ślizgał się na mokrych kafelkach i skręcał w różne strony i chciało mi się płakać razem z tym październikowym niebem, że do tej pory nie zrobiłam prawa jazdy. To był dzień pełen tęsknoty za moim Tatą i Tatą moich dzieci. To były długie godziny spędzone w domu z dwójką małych chłopaków, którzy przywykli spędzać czas na dworze. To był ten dzień, kiedy poddajesz się i nie sprzątasz , a potem odczuwasz niepokój, że Twoim życiem zawładną kompletny chaos. To było zbyt częste zerkanie na zegarek z nadzieją, że w ten sposób przyspieszę czas. 
Aż wreszcie usłyszałam spokojny oddech śpiącego Józia na moim lewym ramieniu. Odwróciłam głowę w stronę Jurka leżącego z prawej strony, a On spojrzał mi w oczy i po raz pierwszy powiedział: KOCHAM MAMĘ. 
To była ta chwila kiedy poczułam się szczęśliwa…w ten zimny, deszczowy dzień.

środa, 5 października 2016

Gdzie jesteśmy kiedy nas nie ma.

    Jak wszyscy mamy swoje życie. Czasami dzieje się w nim tak dużo, że brakuje mi sił żeby zadbać o bloga. 
Od miesiąca radzimy sobie w trójkę: ja - matka na krawędzi, Józek, standardowy czterolatek, lekko rozchwiany emocjonalnie, ale dzielnie pełniący obowiązki głowy rodziny i Jurek, który raz jest mały, a raz duży - w zależności od potrzeb w danej chwili. 
Rozstajemy się tylko na chwilę, kiedy muszę popracować. 
Kochamy nasz dom, ale jakoś łatwiej nam się dogadać na świeżym powietrzu, dlatego na dworze spędzamy większość czasu. A tak, mniej więcej wyglądał nasz wrzesień:


Po pierwsze przeciąganie. Każda kość i wszystkie mięśnie będą pracować na największych obrotach!




























Czasem Józio idzie do przedszkola, a czasem nie. Czasem paluszek, a czasem główka, czasem sobota, a czasem deszcz. W każdym razie w trójkę lub we dwójkę, ale do południa raczej zostajemy w domu.



























































Po południu dzień nabiera tempa. Zaczynamy od spaceru!































 Po spacerze czas na obiad! Ostatnio jakoś częściej poza domem...






























Po jedzeniu odrobina sportu! "Biegać, skakać, latać, pływać....w tańcu, w ruchu wypoczywać...". Znacie tę piosenkę?

























We wrześniu dużo podróżowaliśmy pociągiem.






















Było intensywnie, ale na szczęście zdarzały nam się drzemki.



























Dziękuję za uwagę:)