piątek, 17 czerwca 2016

A propos mistrzostw.





































   
























      Pewnego wieczoru przyjaciel mojego taty, Góral z typowym góralskim temperamentem, po prostu wdarł się do naszego domu ze swoją wersalką. Wtaszczył ją do pokoju i postawił obok wersalki, na której spał tata. Włączyli mało popularny jeszcze wtedy, bo kolorowy telewizor i otworzyli pół litra. 
Zaczęły się mistrzostwa! 
Mieszkał u nas przez miesiąc. Robił przerwy tylko na odprawienie mszy, z racji tej, że był księdzem. Skracał ją do granic tolerancji parafian, zwłaszcza tych o metryce 70 plus a sprawy w kancelarii załatwiał między meczami. Jak bumerang wracał do nas na każdy gwizdek sędziego rozpoczynający grę. 
Mama przeniosła się do „dużego pokoju”, strefy objętej futbolową prohibicją, choć wygłuszyć ścian się nie dało. Krzyki księdza-Górala i mojego taty niosły się chyba we wszystkich oktawach aż po szczyty ludzkich możliwości. Pewnie musiał się później spowiadać z tych wszystkich przezwisk, które rzucał w kierunku bogu ducha winnych piłkarzy, sędziów i trenerów. 
Lubiłam oglądać z nimi. Siadałam na swoim miejscu w fotelu, z miseczką truskawek, podczas gdy oni rozkładali się na swoich wersalkach, a chwilę później zrywali się nich, podbiegali do telewizora, który i tak był na odległość ciupagi, i znowu siadali. Emocje były większe niż na murawie. 
      Nie pamiętam już, który to był rok, ani które mistrzostwa. Nie umiem wymienić ani jednego nazwiska piłkarza, który wtedy grał i nie wiem jak daleko zaszła nasza drużyna. Ale doskonale pamiętam futbolową gorączkę w naszym domu. Ekscytację, napięcie i patriotyzm, który od tamtej pory zawsze już chyba będzie mi się kojarzył z księdzem, piłką nożną i sezonem truskawkowym. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz