niedziela, 15 maja 2016

Podróże małe i duże.





        Zbliżają się wakacje i choć wakacji nie mam już od dawna, to lato jest dla mnie ich synonimem.
Kiedyś pewnie wystarczyłoby hasło: „Żegnaj szkoło.  Ahoj przygodo!” , spakowałabym plecak i założyła japonki (mój mąż z nich drwi, ale były ze mną na każdej wyprawie i nigdy mnie nie zawiodły ) i ruszyła w nieznane. 
Przemierzałabym świat śmierdzącą plackartą, wypełnioną po brzegi marszrutką, łodzią, stopem, motocyklem, pieszo czy na koniu, tylko po to, żeby się przekonać, że u celu wyprawy nie ma nic. Bo cel wyprawy często nie jest ważny, ważna jest sama podróż, to, co dzieje się po drodze. Po drodze zbiera się dodatkowy bagaż, taki, który nic nie waży, a pełen jest cennych rzeczy:
Wiary w siebie.
Mój mąż dużo podróżował po wschodniej Europie. Pewnego razu stracił pieniądze i dokumenty wiele setek kilometrów od domu, w  państwie, gdzie bez łapówki nic  się nie da załatwić, a jednak poradził sobie. Wrócił cały i zdrowy.
Wiary w ludzi.
Kiedy podróżuje się samemu lub we dwójkę, ludzie, których się spotyka są bardziej życzliwi, otwarci, czasem pojadą dużo dłuższą drogą, tylko po to, żeby gdzieś Cię podrzucić. Czasem zaproszą na obiad do domu, a innym razem przenocują i wcale nie chcą za to pieniędzy.
Szczęścia z małych rzeczy.
Mój kolega złamał nogę będąc na Krymie. Musiał wrócić do Olsztyna pociągiem i strasznie się bał, że z gipsem na całej długości nogi nie zmieści się w toalecie. Zażył więc paczkę „Laremidu”. Udało się. Do toalety poszedł już w domu, ale… po tygodniu. Tego dnia poczuł wielką radość i zarazem ulgę.
Świadomości, że żyjemy w dobrym miejscu. 
Na każdej wyprawie zdarza się moment, w którym nasze serce bije szybciej, kiedy myślimy o domu, a nawet jeśli lubimy ponarzekać na mieszkanie w danym miejscu, to okazuje się, że na tle świata to nasze miejsce nie wypada wcale tak źle.
      Dziś sens mojego podróżowania trochę się zmienił. Nie czuję się na siłach, żeby przemierzać setki czy tysiące kilometrów nie mając zabukowanego noclegu, czy odpowiedniej ilości pieniędzy w kieszeni. Nie czuję potrzeby odkrywania, bo nie zostało już wiele do odkrycia. Prawie wszędzie ktoś był przed nami. Ktoś, kto chciał poczuć się wyjątkowo. 
Dziś podróżuję po to, żeby móc pooddychać głębiej i spokojniej, przefiltrować wszystkie myśli, które krążą prawie zawsze wokół domu. I chociaż marzy mi się widok egzotycznej przyrody, to czasem wystarczy egzotyczny odpoczynek na kocyku nad jeziorem.



Ps.  Podróżować dookoła świata nie muszę, ale kocham czytać jak robią to inni, np. Marta Owczarek i Bartek Skowroński, którzy najpierw przemierzyli świat przez 888 dni, a potem dokładnie 888 dni od powrotu wyjechali motocyklami na wyprawę po Azji Środkowej. Zwiedzanie z nimi jest ciekawe, bo raczej nie trafimy do oświetlonych błyskiem fleszy miejsc. Bardziej kierujemy się w stronę, gdzie brak jest elektryczności. Za to jest niesamowita przyroda, ciekawi ludzie i jest historia, którą warto opowiedzieć. Książki Marty i Bartka czyta się łatwo i przyjemnie choć ich wyprawa do łatwych wcale nie należała, a zdjęcia z podróży dowodzą, że  kiedy zwykłe życie zaczyna nam doskwierać, wystarczy jedna decyzja, żeby  zamienić je w niesamowitą przygodę. 




2 komentarze:

  1. Ja nadal lubię podróże, choć z dziećmi rzeczywiście wygladają one zupełnie inaczej i są zdecydowanie rzadziej niż kiedyś. Dlatego czytam dużo reportaży (głównie Czarnego) o różnych zakątkach świata. I jest mi tu dobrze:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze niedawno Jurek zaczynał wrzeszczeć po pierwszym przejechanym kilometrze, a teraz Józkowi zaczyna się nudzić, zanim jeszcze wystartujemy:)Ale i tak nie wyobrażam sobie, że miałabym cały rok nie wyjechać z domu. A z Czarnego też mam niezłą kolekcję:)

      Usuń