wtorek, 26 kwietnia 2016

Turlututu, czyli magiczne przygody w księgarni.










        Przychodzi taki moment w życiu człowieka, że bardzo, ale to bardzo chce mu się pobyć w większym towarzystwie. Kiedy tata jest w pracy, Józek w przedszkolu, a mama niewyspana i mało kreatywna... jest na to sposób! 
Niedaleko naszego domu jest księgarnia "Za rogiem", a w niej fika Domifika. Domifika prowadzi zajęcia dla maluchów, na których dużo się dzieje. Dzieci tańczą, śpiewają, dotykają, wąchają, patrzą i słuchają. Czasem Dominika wykorzystuje do zabawy książki i nieważne czy dzieci mają rok czy pięć to są wręcz rozpromienione, bo nagle książka okazuje się nie być zwykłą książką. Wyskakuje z niej prawdziwy kosmita i zabiera dzieci w magiczną podróż. 
Turlututu mieszka z nami. Jest naszym sposobem na nudę. Świetnie potrafi zaangażować i tego, kto czyta i tego, kto słucha, łamie bariery, pozwala ciągnąć za włosy (delikatnie), przytulać, krzyczeć, robić głupie miny, dmuchać, klaskać i naciskać! Tylko uwaga! Turlututu nie ulula do snu. On jest po to, żeby się dobrze bawić!

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Co by było, gdyby...




    
 Co by było, gdybym raz dała rękę Cygance, jednej z wielu, kręcących się w spódnicach typu maxi po mojej dzielnicy?
Tych wypowiadających zdania w zupełnie niezrozumiałym dla mnie języku, które brzmią jak tajemnicze zaklęcia... machających długimi, błyszczącymi warkoczami jak czarodziejskimi różdżkami i wpatrujących się w odbijające światło słoneczne szyby samochodów jak w szklaną kulę? 
Co by było, gdyby mi powiedziała, że będę żyła długo i szczęśliwie? 
Co by było, gdybym się dowiedziała, że jutro umrę? 
Gdyby linie papilarne na mojej dłoni okazały się długie, proste i wyraźne tak jak miałoby wyglądać moje życie, pewnie poszłabym to uczcić. Kupiłabym sobie ładną sukienkę i zaszłabym do cukierni po tort. Potem ogłosiłabym dobre wieści światu na facebooku i poszła spać. Przede mną jeszcze długa droga, na razie nic nie muszę, choć przecież mogę wszystko. 
A jeśli jutro miałabym umrzeć? Pewnie dopiero wtedy naprawdę poczułabym życie.  Zniknęłyby wszystkie pokusy, żądze i bezustanne pragnienia, które po zaspokojeniu zamiast szczęścia wywołują uczucie pustki. Pewnie nie odebrałabym telefonu, nie uruchomiła Internetu, żeby żyć życiem innych zamiast własnym. Wyłączyłabym emocje płynące z wiadomości w telewizji, które zagłuszają moje własne uczucia. Pozbyłabym się iluzji, że status społeczny, władza czy pieniądze mogą uszczęśliwić. Przestałabym się spieszyć. 
Bez względu na to ile czasu mi jeszcze zostało chcę spędzić każdy mój dzień  tak, jakby był ostatnim.
      Wiosna to nie tylko pora roku. To stan ducha. Pachnące powietrze,  kwitnące drzewa...wszystko motywuje nas, by żyć.  Ale jeśli potrzebujecie jeszcze większej motywacji, przeczytajcie „Dzień, w którym nauczyłem się żyć” Laurenta Gounella, albo… zapytajcie Cygankę… 


piątek, 15 kwietnia 2016

Zaśnij ze mną.












       Wiadomo, że fajnie jest się do kogoś w nocy przytulić. Załóżmy, że mama przytula się do taty (załóżmy), Józio do misia... a Jurek? On przytula się do swojej książeczki. Daje jej buziaki, przykrywa kołderką, robi "cacy, cacy", a nawet z nią ziewa. I tak kilka razy dziennie. Straszny śpioch z tej książeczki, ale Jurek bardzo ją kocha! 

niedziela, 10 kwietnia 2016

Mały żółty i mały niebieski.

To jest mały niebieski.

Mieszka w domu z niebieską mamą i niebieskim tatą.





























Mały niebieski ma wielu przyjaciół.































Ale jego najlepszym przyjacielem jest mały żółty.





























Pewnego razu mama niebieska wybrała się na zakupy i powiedziała do małego niebieskiego: - Zostań w domu.
Jednak mały niebieski wyszedł, bo bardzo chciał się spotkać z małym żółtym.





























Szukał go wszędzie... aż nagle, tuż za rogiem spotkał małego żółtego!




















Bardzo ucieszyli się ze spotkania i się przytulili.
I tak się przutulali, aż zmienili kolor na zielony.





























Co było dalej, dowiecie się z tej książeczki...




















...a my idziemy robić pranie:)

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Szaro i optymistycznie.










    




























         Choć u nas na północy świat dookoła jeszcze szary i brązowy, to robi się coraz cieplej. Spędzamy na zewnątrz już kilka godzin dziennie i co najważniejsze – bez rękawiczek.  
Małe, ciekawskie rączki mogą się wreszcie porządnie ubrudzić. 
    Wychodzę z założenia, że jeśli chcę wychować optymistów powinnam pozwolić im szczęścia poszukiwać. Moje dzieci mogą się wspinać na drzewa, mogą się turlać po trawie i grzebać rękami w ziemi. Staram się nie przeszkadzać kiedy tak uparcie chcą doświadczać świata, ale jak to matka polka, chciałabym otoczyć ich płaszczem bezpieczeństwa, chodzić za nimi jak cień i nie spuszczać z nich oka. Mój bystry wzrok badawczo mierzy w stronę głowy, czy czapka nie zsunęła się na oczy, czy dziecko widzi gdzie idzie. Chwilę potem zwinne palce są gotowe, by sprawdzić , czy oby koszulka nie wyszła ze spodni i nie odsłoniła pleców. Gołe plecki! Tylko nie to! A but? Czy nie jest rozwiązany? Przecież mógłby się przewrócić!
I co z tego? Przewróci się to wstanie. Przecież tego właśnie chcę ich nauczyć. 
Żeby powstrzymać moje nadopiekuńcze zapędy potrzebuję miejsca, które mój rozsądek oceni jako bezpieczne. Potrzebuję łąki. Przestrzeni, gdzie mogę usiąść spokojnie i się nie ruszać, a życie niech się toczy wciąż jeszcze w szarości, ale optymistycznie!