niedziela, 6 marca 2016

Małe wielkie problemy.

niedziela, 6 marca 2016





































                    
      Z pierwszych lat w szkole niewiele rzeczy pamiętam wyraźnie. Granatowy fartuszek, tarczę na ramieniu, ścisło związany przez mamę kucyk, który musiałam sobie rozluźniać żeby móc mrugnąć oczami i tatę, który w pośpiechu odwoził mnie na lekcje. Pamiętam pierwsze litery, które pani pisała na tablicy. Staranne, piękne i równe. I pamiętam jeszcze jeden dzień, w którym dopiero przed klasą zorientowałam się, że na nogach wciąż mam kapcie.  Siedziałam na podłodze obok drzwi do klasy i płakałam, bo jakiś starszy chłopak mnie wyśmiał. Czułam się upokorzona. Życie runęło mi w gruz, a miękkie i wygodne kapcie zaczęły nagle cisnąć i uwierać moje dopiero budowane ego. 
Kilka miesięcy później mama dała mi ponosić swój zegarek. Byłam taka dumna i szczęśliwa do momentu, aż jakieś starsze dziewczyny zaczęły dopytywać, która jest godzina. Niestety nie potrafiłam odpowiedzieć. Stałam się obiektem kpin i niczego tak bardzo nie pragnęłam jak cofnąć wskazówki, wrócić do domu i oddać zegarek. 
    Wtedy nie było jeszcze gimnazjum, tylko osiem lat podstawówki, ale po trzech dzieci zmieniały budynek. Z niskiego pawilonu przenosiły się do starego, dwupiętrowego gmachu. To był dla mnie jakby pierwszy krok ku dorosłości. Moje problemy z  pawilonu wydały się mi małe jak on sam, bo teraz należałam do świata wysokich sufitów i przestrzennych korytarzy.
Chciałam zwrócić na siebie uwagę. 
Na szkolnej akademii zaśpiewałam piosenkę, ale zrobiłam to tak źle, że będę pamiętać ją już zawsze, a pomoże mi w tym kaseta VHS z nagraniem. Przy wyższych partiach głos drżał mi natrętnie jak powieka, gdy w organiźmie zaczyna brakować magnezu. Błagałam w duchu, żeby w duecie z moim głosem drżała ziemia, żebym mogła się w niej zapaść i wygrzebać za kilka lat, kiedy już wszyscy zapomną o tym strasznym występie. 
Chciałam być lubiana. 
Wkładałam do walentynkowej skrzynki kartki zaadresowane do siebie na wypadek, gdyby nikt nie zdecydował się tego zrobić, a potem ta miłosna korespondencja do samej siebie wyszła na jaw i wstydziłam się jak cholera. 
       Kiedy niedawno weszłam do budynku swojej byłej szkoły odniosłam wrażenie, że korytarze i sale wcale nie są takie duże jak mi się kiedyś wydawało. W dziwny sposób skurczyły się przez lata, podobnie jak tamte moje kłopoty.
      Z moich pierwszych lat w szkole niewiele rzeczy pamiętam wyraźnie, ale nigdy nie zapomnę empatii rówieśników, zawsze, kiedy byłam w tarapatach. Nie naśmiewali się ze mnie i nie wypominali. Robili to starsi. 
Dziś, kiedy mam dzieci i kiedy patrzę jak Jurek popada w rozpacz, bo nie może dosięgnąć kranu, a Józek martwi się, że nie może pogłaskać borsuka, bo borsuki są niebezpieczne uśmiecham się, ale w duszy, bo wiem, że ich łzy są prawdziwe, a moim zadaniem jest je otrzeć. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz