czwartek, 31 marca 2016

Kwiaty, frędzle, dzwony.
































Chodząc ostatnio po sklepach z ubraniami odniosłam wrażenie, że cofnęłam się w czasie i wylądowałam w latach sześćdziesiątych. Kwieciste wzory, frędzle, sznureczki, spodnie-dzwony, okrągłe okulary, krój oversize... 
Lubię ten styl. Pozwala czuć się swobodnie, kobieco i wyjątkowo. 
Obejrzyjcie zdjęcia sprzed prawie pół wieku i dajcie się zainspirować!

Zdjęcia- źródło: www.boredpanda.com

środa, 23 marca 2016

Pomelo

Poznajcie Pomelo. 
To słoń z baaardzo długą trąbą!

Można zrobić z niej turban! "Ale nie każdy może być Ali Babą"! Można zawiązać jak szalik! "Świetny pomysł! Tylko co z oddychaniem"?
Można zrobić z niej lampkę...
...albo tubę, kiedy nikt nas nie słucha!
Pomelo naprawdę się dziwi kiedy spotyka jeszcze dłuższe trąby.
Pomelo lubi sport...

...i kocha kwiaty!
Jest z nas dumny, że jemy tyyyyle warzyw...
...choć uważa, że w jego ogrodzie jest najsmaczniej!
Pomelo jest naszym najlepszym przyjacielem i nikt jak on nie potrafi utulić nas do snu...

niedziela, 20 marca 2016

"Dziewczyna z pociągu".


































      Telewizyjnych teleturniejów raczej nie oglądam, ale mam słabość do „Jednego z dziesięciu”. 
Na początku programu, kiedy uczestnicy przedstawiają się telewidzom, większość z nich w kręgu swoich zainteresowań wymienia „dobrą książkę”. I zawsze się zastanawiam jaka to jest ta „dobra książka”? Pewnie dla każdego znaczy coś innego. Jedni uważają, że dobra książka to taka, z której czerpie się mnóstwo wiedzy na różne tematy: historii, medycyny, geografii… Dla innych to literatura, która zmusza do myślenia, do spojrzenia w głąb siebie, zastanowienia się nad otaczającym nas światem. 
A dla mnie?
Definicja „dobrej książki” zmieniała się wraz z kolejnymi etapami mojego życia. 
A teraz? 
Teraz jest czas, kiedy moje życie mocno przyspieszyło i  bardzo staram się nie tracić cennych chwil. Dosyć sprytnie nauczyłam się wykorzystywać każdą wolną godzinę, a nawet kwadrans. Wcześniej tego nie potrafiłam, nie mogłam skupić się na czytaniu gdziekolwiek i kiedykolwiek. Potrzebowałam właściwego momentu. Teraz potrafię. Potrzebuję tylko odpowiedniej książki, która mnie pochłonie. 
     Podobno jeśli staniemy za blisko pędzącego pociągu to powietrze może wciągnąć nas pod koła. Zaryzykowałam. 
Właśnie ruszył pociąg do Londynu. Wsiadłam i nie żałuję. Jadę równym, hipnotyzującym tempem tudumtudumtudum, tudumtudumtudum… Mijam kolejne rozdziały. Jadę z Rachel - „Dziewczyną z pociągu”, jadę z Anną i Megan. Opowiadają mi swoje historie, a ja wsłuchuję się w nie coraz bardziej i bardziej. Chciałabym żeby pociąg zwolnił, bo nie chcę jeszcze dotrzeć do stacji końcowej, a jednocześnie mam ochotę zajrzeć w przyszłość, żeby sprawdzić co się stanie kiedy dojadę, kiedy otworzę ostatnią stronę.
Szukam rozwiązania. Błądzę po przedziałach patrząc podejrzliwie na pasażerów. Szukam wyjścia i chwilami wydaje mi się, że je znalazłam, a wtedy  drzwi okazują się zablokowane. Czasem  wiem, jestem pewna jak się skończy ta podróż, a potem staję w drzwiach ostatniego wagonu i patrzę na szlak torów, które minęłam i wiem, że znów jestem w błędzie.
     „Dziewczyna z pociągu” mnie wciągnęła. Poświęciłam jej swój czas kosztem brudnych naczyń w zlewie i podkrążonych oczu. Ale nie żałuję. Jeśli jakimś cudem jeszcze jej nie czytaliście, to śmiało kupcie bilet i ruszajcie. To dobra książka. 

środa, 9 marca 2016

Milena































Milena jest aktorką olsztyńskiego Teatru im. S. Jaracza. Jest moją ulubioną aktorką. Jest świetną żoną, cudowną mamą i średnim kierowcą.
Poświęciła mi swój wolny czas, cierpiała przy czesaniu, bez gadania wskoczyła w moje stylizacje inspirowane latami 60, 70, 80-tymi), pozowała w bałaganie.
Milena jest moją przyjaciółką.
Dziękuję Milena:)

niedziela, 6 marca 2016

Małe wielkie problemy.

niedziela, 6 marca 2016





































                    
      Z pierwszych lat w szkole niewiele rzeczy pamiętam wyraźnie. Granatowy fartuszek, tarczę na ramieniu, ścisło związany przez mamę kucyk, który musiałam sobie rozluźniać żeby móc mrugnąć oczami i tatę, który w pośpiechu odwoził mnie na lekcje. Pamiętam pierwsze litery, które pani pisała na tablicy. Staranne, piękne i równe. I pamiętam jeszcze jeden dzień, w którym dopiero przed klasą zorientowałam się, że na nogach wciąż mam kapcie.  Siedziałam na podłodze obok drzwi do klasy i płakałam, bo jakiś starszy chłopak mnie wyśmiał. Czułam się upokorzona. Życie runęło mi w gruz, a miękkie i wygodne kapcie zaczęły nagle cisnąć i uwierać moje dopiero budowane ego. 
Kilka miesięcy później mama dała mi ponosić swój zegarek. Byłam taka dumna i szczęśliwa do momentu, aż jakieś starsze dziewczyny zaczęły dopytywać, która jest godzina. Niestety nie potrafiłam odpowiedzieć. Stałam się obiektem kpin i niczego tak bardzo nie pragnęłam jak cofnąć wskazówki, wrócić do domu i oddać zegarek. 
    Wtedy nie było jeszcze gimnazjum, tylko osiem lat podstawówki, ale po trzech dzieci zmieniały budynek. Z niskiego pawilonu przenosiły się do starego, dwupiętrowego gmachu. To był dla mnie jakby pierwszy krok ku dorosłości. Moje problemy z  pawilonu wydały się mi małe jak on sam, bo teraz należałam do świata wysokich sufitów i przestrzennych korytarzy.
Chciałam zwrócić na siebie uwagę. 
Na szkolnej akademii zaśpiewałam piosenkę, ale zrobiłam to tak źle, że będę pamiętać ją już zawsze, a pomoże mi w tym kaseta VHS z nagraniem. Przy wyższych partiach głos drżał mi natrętnie jak powieka, gdy w organiźmie zaczyna brakować magnezu. Błagałam w duchu, żeby w duecie z moim głosem drżała ziemia, żebym mogła się w niej zapaść i wygrzebać za kilka lat, kiedy już wszyscy zapomną o tym strasznym występie. 
Chciałam być lubiana. 
Wkładałam do walentynkowej skrzynki kartki zaadresowane do siebie na wypadek, gdyby nikt nie zdecydował się tego zrobić, a potem ta miłosna korespondencja do samej siebie wyszła na jaw i wstydziłam się jak cholera. 
       Kiedy niedawno weszłam do budynku swojej byłej szkoły odniosłam wrażenie, że korytarze i sale wcale nie są takie duże jak mi się kiedyś wydawało. W dziwny sposób skurczyły się przez lata, podobnie jak tamte moje kłopoty.
      Z moich pierwszych lat w szkole niewiele rzeczy pamiętam wyraźnie, ale nigdy nie zapomnę empatii rówieśników, zawsze, kiedy byłam w tarapatach. Nie naśmiewali się ze mnie i nie wypominali. Robili to starsi. 
Dziś, kiedy mam dzieci i kiedy patrzę jak Jurek popada w rozpacz, bo nie może dosięgnąć kranu, a Józek martwi się, że nie może pogłaskać borsuka, bo borsuki są niebezpieczne uśmiecham się, ale w duszy, bo wiem, że ich łzy są prawdziwe, a moim zadaniem jest je otrzeć.