poniedziałek, 29 lutego 2016

Zimno...








    Miała być wiosna, a znów zapowiadają ochłodzenie. Przynajmniej wiadomo, czego się spodziewać. Za to w domu niespodziewanie wysiadł nam piecyk. Jest już za późno, żeby zadzwonić po gazownika. To będzie naprawdę chłodna noc. 
Wieczorną toaletę ograniczam do minimum. Wypłukuję pastę do zębów lodowatą wodą aż bolą mnie dziąsła. Zmywam makijaż. Wklepuję krem i zastanawiam się, czy jego zapach daje poczucie bezpieczeństwa moim dzieciom. Czy będą go pamiętać kiedy nie będziemy już zasypiać razem? Przytulam je mocno do siebie. Słyszę ich miarowy oddech. Śpimy zawsze w trójkę, kiedy taty nie ma w domu. 
Wygrzebuję się spod kołdry i moszczę sobie gniazdko po drugiej stronie łóżka, zapalam lampkę. Te nowe energooszczędne żarówki dają takie zimne światło. Otulam się szlafrokiem jeszcze mocniej. Przypomniały mi się książki Rosamund Lupton. Potrafię wyobrazić sobie ją kiedy pisze. Siada przy maszynie i dokładnie wie co chce opowiedzieć, tak jakby głowa dyktowała jej słowo po słowie gotowy tekst. Jej palce sprawnie i szybko naciskają klawisze i nie zatrzymują się nawet na chwilę, by zgasić papierosa, który i tak spalił się sam. Zapełnia kartkę, bo kartce mrożącą krew w żyłach prozą, podczas gdy opuszki jej palców i klawiatura robią się coraz bardziej gorące. Zupełnie tak jak lodówka. Wydala ciepło, żeby w środku pozostawić przeszywające zimno. Przypominam sobie fabuły jej książek i moja prawa półkula mózgu zaczyna wariować. Zepchnięte gdzieś w głąb umysłu ciągi jej słów wypływają na wierzch i malują obrazy na widok których czuję strach.
barwa ciszy...
Jest cicho… zimno i cicho…
martwe zwierzęta,
spoglądam na kota, leży tak dziwnie spokojnie, że aż sprawdzam czy oddycha.
     Każdy dom ma swoje odgłosy. W naszym tyka zegar, co jakiś czas włącza się lodówka albo piecyk. Dziś zamiast piecyka słyszę kapanie wody. Ten dźwięk nie należy do naszego domu.
śnieg, północ, Alaska… 
Idę sprawdzić skąd spadają krople, a przez skarpety czuję chłód bijący od desek w podłodze, które skrzypią jak śnieg pod stopami. Stąpam delikatnie na palcach jakbym chciała zakraść się i zaatakować intruza.
Co mi zrobiłaś Rosamund? Boję się…
To piecyk krwawi . Z jego wnętrzności wypływa ciemno brązowa ciecz. Na lodowatych kafelkach zrobiła się już spora kałuża.
Londyn, deszcz, wilgoć, opustoszały park, stara toaleta, ciało leżące na zimnej posadzce, siostra
Ula… musze do niej zadzwonić! Teraz, już, bo zwariuję! Chcę usłyszeć jej głos. Ratuj mnie Ula! Mów do mnie! AaUla, zaraz po 999 w moim telefonie, moja osobista siostra zawsze w pogotowiu. Siedzę na brzegu wanny, na karku czuję dreszcze, a moje palce u stóp poruszają się bez mojej zgody. Straciłam nad nimi kontrolę. „Abonent czasowo niedostępny, spróbuj później”. Później może być już za późno… 
To tylko moja wyobraźnia, tylko wyobraźnia…
dziecko, śmierć 
łzy napływają mi do oczu, a do uszu nagle dobiega melodia dziecięcej kołysanki... dźwięki pozytywki…  
Krzyczę! 
Obudziłam Jurka, który siedzi teraz ze zmierzwionymi, dopiero co wyrośniętymi włoskami i płacze. Wybiegam z łazienki i wyłączam youtube, który uruchomił funkcję "repeat". Przytulam Jurka  mocno do siebie, jakbym nie widziała go od miesięcy, a on nie ma siły się bronić. Zasypia. Może to zapach mojego kremu działa na niego jak narkoza?
Jesteś bezpieczny kochanie – mówię do niego, ale wiem, że te słowa są potrzebne bardziej mi. Przykrywam nas dodatkowym kocem. Całuję delikatnie jego zimny nosek, a on obejmuje moją szyję swoją małą rączką. Za plecami słyszę spokojny oddech Józia. 
Już mi dobrze. Już mi ciepło… ciepło na sercu.
Czasem dobrze jest się przestraszyć, żeby docenić to, co się już ma. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz