poniedziałek, 21 grudnia 2015

Nasza wigilijna opowieść.






































      
      Pewnej zimy gdzieś między wielką śnieżną zaspą, a rozłożystą, piękną choinką stał sobie niewielki bałwanek.  Z pozoru zwyczajny, z marchewkowym nosem i oczami z węgielków, tak naprawdę był wyjątkowy, bo pod swoim małym kapeluszem chował  bardzo duży rozum.  
Wszystkie zwierzęta kochały opowieści bałwanka, który zdawał się wiedzieć niemal wszystko. Sarny, łosie i niedźwiedzie rozsiadały się wygodnie pod choinką, przykrywały pierzynką z zaspy i jak zaczarowane wsłuchiwały się w historie o potężnych pływających lodowcach i o kocie, który pierwszy poleciał na księżyc. Zwierzęta patrzyły z uwielbieniem na swojego śnieżnego przyjaciela, a puszysta rodzina białych zajęcy każdego dnia kicała wokół niego podziwiając nie tylko bałwankowe opowieści, ale przede wszystkim jego zgrabny, marchewkowy nos. 
       Aż pewnego słonecznego dnia bałwanek poczuł, że jest mu bardzo, bardzo gorąco. Pocił się tak bardzo, że zaczął tracić rozum. Zapominał, co chciał powiedzieć, albo powtarzał w kółko to samo, a nawet pomylił kota na księżycu z psem w kosmosie. Przyjaciele bałwanka zaczęli się poważnie o niego martwić. Choinka próbowała osłonić go przed słońcem, ale gorące promienie przenikały przez jej małe igiełki. Zaspa przykryła go zimną kołderką, ale ta z kolei zaczęła się kurczyć i znikła. Zające, drżącymi łapkami podtrzymywały marchewkowy nos, który uparcie próbował odpaść. Aż zapadł zmrok, zrobiło się zimniej i rozum bałwanka przestał się topić. Wszyscy mogli odpocząć, choć nikomu nie było do śmiechu. Każdy martwił się, że kiedy noc się skończy i znów zaświeci słońce ich przyjaciel zniknie na zawsze. Nikt nie potrafił wymyślić sposobu jak uratować bałwanka, nawet  stara sowa kiwała głową to w prawo, to w lewo… huuuhuuu huuuhuuu, i nic. 
      Wreszcie kukułka wykukała północ. Kot, który bujał się leniwie na księżycu zaczął machać ogonem, jak to miał w zwyczaju dwanaście razy. Przy ostatnim razie jego ogon był już tak rozpędzony, że potrącił migającą obok gwiazdkę, która straciła równowagę i spadła najpierw na czubek choinki, a potem tuż obok bałwanka. Potłukła się i pękła na pół, a ze środka wyfrunął mały aniołek. Poprawił sobie aureolkę, potrząsnął skrzydełkami i wetknął w ucho bałwanka termometr.
- Hohoho kochany! Mamy tu niezłą gorączkę!
I zanim ktokolwiek zdążył powiedzieć cokolwiek aniołek zwrócił się do tłumnie już zgromadzonej leśnej gawiedzi:
- No co tak patrzycie? Jestem starym przyjacielem bałwanka, jestem jego lekarzem rodzinnym, jestem jego…. aniołem stróżem! I biorąc pod uwagę jego wątły stan zdrowia niezwłocznie zabieram go do kliniki w Lodowej Górze. Aniołek objął bałwanka jednym skrzydłem, zatrzepotał drugim, wzniósł się w powietrze i zniknął w ciemnościach.
       Bałwanek trafił do krainy wiecznego zimna, gdzie szybko wyzdrowiał i gdzie zwiedza świat pływając na krze przez wiosnę, lato i jesień, a zimą zawsze wraca do swoich przyjaciół z lasu i opowiada im nowe, niezwykłe historie ze swoich podróży.
       
  Z okazji Świąt chciałabym każdemu z Was życzyć 
gwiazdki z nieba.



Pomysł o baławanku, kóry się topi, a przyjaciel przewozi go w góry pochodzi z książki "Krecik w zimie". Resztę napisałam sama:)

czwartek, 17 grudnia 2015

U Świętego Mikołaja.

















      Gdybym była dzieckiem w tym miejscu z radości pewnie skakałabym do góry. Jestem dorosła, ale cieszyłam się jak dziecko, bo w niepozornym budynku z czerwonej cegły dzieją się magiczne rzeczy. 
Z otwartą buzią patrzyłam jak pan wyczarowuje bombki ze szkła. Można było spróbować i wydmuchać swoją wyjątkową, niepowtarzalną, najpiękniejszą, choć trochę krzywą i koślawą. Można było obsypać ją brokatem, wymalować, lub włożyć do specjalnej maszyny, żeby zrobić miękką, aksamitną otoczkę. Można było spotkać Mikołaja, który opowiadał niezwykłe historie. Przemierzaliśmy z nim świat baśni i choć dekoracje do spektaklu nie były jeszcze skończone, to dziadek do orzechów nagle ożył w naszych głowach. Obejrzeliśmy zapierającą dech w piersiach kolekcję bombek tych nowych i tych sprzed kilkudziesięciu lat. 
      Na dworze delikatny mróz szczypie już w policzki, ale śniegu wciąż brak. Jeśli chcecie poczuć atmosferę świąt, a szukacie czegoś więcej niż dekoracje w centrum handlowym, to poszukajcie takiego włąśnie miejsca. Miejsca, gdzie baśniowy klimat trwa cały rok.

My byliśmy w Konsulacie Świętego Mikołaja Tu.

czwartek, 10 grudnia 2015

Kryształowe pierniki.





















Tak naprawdę to każdy przepis jaki znacie na pierniki będzie dobry. Ja zrobiłam zwykłe, najzwyklejsze ciasto :
2,5 szklanki mąki
1/2 szklanki cukru pudru
odrobina aromatu waniliowego
szczypta cynamonu
łyżeczka proszku do pieczenia
3/4 kostki masła
1 jajo
Składniki suche wsypać do miski, dodać jajo i pokrojone w kostkę masło. Zagnieść, wstawić do lodówki na godzinę, rozwałkować, zrobić kubkiem kółka, odcisnąć kryształy. Pieczemy 15minut w temperaturze 180 stopni.
I kochane pamiętajcie, że przygotowywanie świąt to nie tylko obowiązek mamy:) U mnie na szczęście mężczyźni nie lubią leżeć na kanapie. Jest pomoc, jest zabawa, są wypieki w piekarniku... i na policzkach!

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Józio jest już dorosły!










   




























 
                                       „Mamo, nie idź ze mną do łazienki! Pójdę sam, jestem już dorosły!” 
Józek nam dorasta. Ma 3 lata, choć twierdzi, że dwadzieścia, troszkę ponad metr wzrostu, waży 15 kg i dźwiga dużo cięższy bagaż doświadczeń. 
To banalne powiedzieć, że ten czas zleciał nam bardzo szybko, ale rzeczywiście tak jest. Pewnie dlatego, że każdego dnia dużo się dzieje. Na nudę nie ma co narzekać, zresztą „inteligentni ludzie się nie nudzą”…, bo jak nie mają co robić to śpią, jak mawia czasem tata Józia. Józek lubi pospać. Dwanaście godzin ładuje akumulatory, żeby przez kolejne dwanaście zadawać pytania.  Chce wiedzieć jak najwięcej, w końcu jest dorosły!
 A jeszcze chwilę temu chwiał się na nogach jak Jurek, a teraz uczy Jurka tańczyć. Jeszcze niedawno rozmawiał ze mną głównie palcem, a już głośno i wyraźnie powtarza w autobusie nazwy przystanków: Plac Roosvelta, Urząd Statystyczny… Tak niedawno bez zastanowienia wkładał wszystko do buzi, a teraz poważnie pyta: „Tato, czy to dobra decyzja, że trzymam się tej rurki?” kiedy pomaga znieść rower z drugiego piętra, żeby pojechać do przedszkola.
 Józio, który jest wrażliwy jak poeta i „niebo pachnie mu miętą”, a jednocześnie złośliwy i przekorny. Potrafi doprowadzić rodziców do rozpaczy, ale jest też niezastąpionym pocieszycielem: „Mamo, czym się martwisz? Jesteś smutna? Chodź, dam Ci buziaka… już jesteś szczęśliwa?”  
Dziś trzecie urodziny Józka, który cieszy się, że wszystkie grudniowe światełka zaświeciły się dla niego.
 -Mamo, nie idź ze mną do łazienki! Pójdę sam, jestem już dorosły!
  Mamooo!!! Ale tu jest ciemno!”
- Poradzisz sobie?
- Nie sięgnę!