wtorek, 24 listopada 2015

W nocy.






























 Zamyśliłam się. 
     To taka pora roku, kiedy często mi się to zdarza. Późna jesień. Wszystkie kasztany, żołędzie już spadły, a miejsce jesiennych ludzików zajmą niedługo  czerwono - białe mikołaje. 
Gdzieś między zapachem wilgoci i świątecznych pierników, między kałużą i zaspą, między wczesnym porankiem, a wczesnym wieczorem… Śnieg nie skrzypi jeszcze pod butami, za to w domu ciągle słychać stukanie deszczu o parapet.
  O tej porze roku łatwiej mi się zamyślić o czymś innym niż plan dnia, o czymś bardziej abstrakcyjnym. 
Dziwne, że ta ponura, późna jesień to jedyny czas, kiedy rozbudzona w nocy kolejnym karmieniem, nie panikuję, że wszyscy ludzie śpią, „a ja jedna tylko nie”. Nie kręcę się z boku na bok, kiedy w mroku małe problemy rosną w mojej głowie i stają się nie do uniesienia, tak wielkie, że aż łóżko trzeszczy pod ich ciężarem. Rozbudzona w nocy zamyślam się… medytuję przy dźwięku kropel pukających w moje okno. Zahipnotyzowana równym oddechem śpiącego obok dziecka. Wdech, wydech, wdech, wydech… kap kap, kap kap..., naciągam kołdrę, wpatruję się w majaczące w ciemnościach kształty i nie boję się. Odpoczywam. 
   Moja koleżanka powiedziała, że dawniej „najbardziej lubiła deszcz, wieczór, żeby czytać książki i słuchać bajek z płyt. A dziś ma jakieś ale”. 
W nocy nie ma żadnego „ale”. Noc jest dla mnie.  Nic już nie muszę… mogę wsłuchać się w przerywaną deszczem i oddechem dziecka ciszę i… zamyślić się.

1 komentarz: