środa, 4 listopada 2015

Jak to jest...





















































    Kiedy byłam w ciąży pierwszy raz mówiłam, że wszystko mi jedno, czy będę miała chłopca czy dziewczynkę. Przeczucie podpowiadało mi syna, ale ja chyba jednak bardziej chciałam prasować falbanki i pleść warkocze. 
Widziałam ją, jak spod długich rzęs spogląda na mnie z zachwytem jak zwinnie krzątam się po kuchni. Razem piekłyśmy wspaniałe torty (choć nigdy jeszcze żadnego nie upiekłam), bułeczki, babeczki… widziałam jak rejestruje w swojej głowie kolejność: krem, podkład, puder, róż, tusz… widziałam jaka jest pilna, jaka zorganizowana, zdolna… Nie odkłada na później, chłonie wiedzę, żeby w przyszłości zostać astronautką albo prezydentem. W okresie dojrzewania buntuje się, bo to normalne, ale nie dużo. Jest mądra i słucha. Moje rady bierze głęboko do serca, bo mama też jest kobietą i rozumie najlepiej.  Uśmiechałam się, gdy wyobrażałam sobie jej tatę, jak podłamany balansuje między różem i fioletem. Widziałam jak czeszą lalkom kucyki i jak tata układa dla niej piosenki, by mogła swoim słowiczym trelem wprawić w zachwyt sąsiadów, którzy pukają w sufit, ściany i podłogę, żeby nie przestawała, choć już dawno po dwudziestej drugiej. 
     Tymczasem moja karma każe mi się wspinać na drzewa, nosić w torebce kije, pióra i kamienie. Zamiast baśni o małych, kolorowych kucykach hasających w magicznym lesie oglądam na youtubie pracujące koparki. Nie, nie w bajkach, tylko zwykłe filmiki nakręcone na budowie. Znam wszystkie rodzaje ciężarówek, dźwigi, podnośniki, walce, traktory… Zdarza mi się odprawiać pociągi na dworcu i podziwiać wiertarki w „Obi”. Czasem słyszę drwiący rechot męża z drugiego pokoju kiedy wydaję dźwięki nadlatującego helikoptera. Od czasu do czasu jakaś starsza pani na ulicy dołoży swoje: „synowa, to nie to samo, co córka”. 
     Ale tak naprawdę nie zamieniłabym tych dwóch łobuzów na milion grzecznych dziewczynek, bo kocham spędzać z nimi czas. Uwielbiam patrzeć jak świat ich ekscytuje, jak budzą się w nich zainteresowania. 
Niczego im nie narzucam, tylko czasem podsunę czerwoną szminkę, albo zrobię zdjęcie jak dumnie pchają różowy wózek w „Smyku”. Wołam wtedy: „Patrz kochanie!” i z drwiącym uśmiechem spoglądam na męża. 

2 komentarze:

  1. Lidku macierzyństwo zapisane przez Ciebie, jest fantastyczne. uważa, że kiedyś nalezy zrobić z tego książeczkę. z Twoimi zdjęciami. taka zwykła i pocieszającą dla młodych mam. że nie wszystko jest słodkie i muślinowe, a jednak nawet jeśli nie jest, to nadal jest piękne. pięknie i ciepło piszesz o górkach i dołkach. masz świetne lekkie i czułe pióro i oko fotografa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cudownie jest przeczytać takie słowa... naprawdę... Poczułam się wspaniale i dziękuję Ci za to:) Bardzo!

      Usuń