poniedziałek, 5 października 2015

Na wsi







































   
      Kilka lat temu dostałam klucze do mojego własnego mieszkania w centrum miasta. Miasta, któremu daleko do metropolii, a ktoś kiedyś nazwał je miejscem dobrym na emeryturę. Miasta, w obrębie którego jest kilka jezior, a 1/5 powierzchni zajmuje las. Znalazłam swoją przestrzeń w samym środku Olsztyna, który pulsuje życiem, choć delikatnie i który leży w sercu warmińskiej przyrody.
    Być może w tym samym czasie, gdy ja otwierałam drzwi  do swojego mieszkania po raz pierwszy, Letycja zamykała za sobą drzwi wynajmowanego apartamentu w Londynie. Skończyła studia i doskonale wiedziała w którym kierunku chce podążać. Zostawiła za sobą światła wielkiego miasta i rozświetloną od gwiazd polną drogą wróciła do rodzinnego domu w Nowym Kawkowie. To tu jako dziecko lepiła różne kształty z błota, a po latach zbudowała prawdziwą pracownię ceramiczną, gdzie tworzy piękne naczynia. Prowadzi też warsztaty ceramiczne. Glina jest pasją Letycji i to widać w jej pracach!
 Letycja mieszka z Frankiem, Francuzem, którego poznała w Londynie i z trzyletnią córką Nelą w domu położonym na wzgórzu, z przepięknym widokiem. Razem prowadzą gospodarstwo agroturystyczne. Letycja mówi, że nie wyobraża sobie innego miejsca do życia. To tu może się realizować, a zachody słońca, które obserwuje z przepięknej oranżerii są nieustającą inspiracją.
     Zaledwie 10 minut pieszo w dół wzgórza zaczyna się kolejna historia. Historia Joanny pachnącej lawendą. Jej opowieść zapiera dech w piersiach. Dziesięć lat temu Joanna spędzała dni „wbita w kostium od Chanel, balansując na obcasach. Oczy przed słońcem zasłaniała pozłacanymi okularami marki Ray-Ban. Delikatny makijaż, sub­tel­na czer­wień po­mad­ki na ustach. Pal­ce przy­wykły do spraw­ne­go kart­ko­wa­nia do­ku­mentów i eks­po­no­wa­nia ład­nie po­ma­lo­wa­nych pa­znok­ci.” 
Teraz Joanna nie potrzebuje już kostiumu od Chanel. Wystarczy jej wygodny sweter i fartuch, w którym wygląda niezwykle kobieco. Już nie potrzebuje butów na obcasach, bo może biegać boso po polu lawendy, które stworzyła dzięki swoim marzeniom i silnej woli. Zamiast zasłaniać oczy pozłacanymi okularami, lekko mruży oczy, gdy przy lipcowych zbiorach padają na nią złote promienie słońca. Już nie potrzebuje makijażu, bo jej urodę podkreśla najbardziej naturalny i piękny zapach kwiatów.
 Joanna zamieniła Warszawę na lawendowe pole, a firmę brokerską, której była właścicielką na Lawendowe Muzeum Żywe, gdzie wytwarza kremy, nalewki, miód, ocet. Zmieniła ścieżkę swojego losu i dotarła do „domu wśród fioletowych łanów lawendy, z suszarnią kwiatów, gdzie na werandzie sączy lawendowe wino i zdumiewa się, że wszystko to wydarzyło się naprawdę”.

     Mniej więcej w tym samym czasie kiedy Joanna kończyła jesienne sadzenie lawendy, gdzieś w samym środku Puszczy Piskiej mały Kosmyk zaczął nowy etap w swoim życiu. Wsiadł właśnie do wiejskiego busiku, tak jak kiedyś jego mama i odjechał w stronę przedszkola. Mama dumna, choć zaniepokojona, pomachała swojemu samodzielnemu synowi i wróciła do domu. 
Zwykle zaczynała dzień od ubrania i makijażu, „o wiele przyjemniej się wtedy zebrać do codziennych obowiązków, jeśli chodzi w piżamie, cały dzień jest wtedy rozlazły, jak ona”. Dziś też zrobi makijaż. To nic, że dookoła lasy, łąki i mokradła. Dla siebie, dla Kosmyka… dla listonosza, który powinien już przynieść kolejne numery prenumerowanych magazynów. 
Spojrzała na listę rzeczy do zrobienia.  Od kiedy urodził się Adaś jej planowanie dnia stało się bardzo pomocne. Odkurzy, umyje podłogi, nakarmi króliki, dziś głównie po to, żeby nie myśleć tak dużo o swoim przedszkolaku, żeby się nie martwić. Kiedy Kosmyk wróci, zrobi mu ulubione placki z jabłkami, zrobią je razem.
 Potem pójdą na spacer ulubioną leśną drogą, a gdy wieczorem Kosma i Adaś zasną ich mama napisze kolejnego posta na swoim blogu. O tym, co czuje, co dla niej ważne, co może być równie ważne dla innych. Dostanie mnóstwo odpowiedzi i poczuje się silna, spełniona i szczęśliwa. 

Stronę internetową Letycji Pietraszewskiej znajdziecie TU.
Lawendowe pole Joanny Posoch możecie zwiedzić TU. Cytaty pochodzą z jej książki "Lawendowe Pole, czyli jak opuścić miasto na dobre".
Więcej o Kosmyku, Adasiu i ich rodzicach znajdziecie TU. Cztery ostatnie zdjęcia (w tym trzy podwójne) pochodzą z bloga Joanny Jaskółki "Matka jest tylko jedna", a cytat z naszej rozmowy.

     

4 komentarze:

  1. Lubię oj lubię takie historie :)
    Pozdrowienia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozdrawiamy trochę z miasta, a trochę z lasu:)

      Usuń
  2. Taaak :) Powoli, pomalutku, po cichutku też idę podobną drogą. Na razie myślami, ale już idę! Trzymajcie kciuki

    OdpowiedzUsuń