niedziela, 11 października 2015

Idzie zima, trzeba się ubrać.






































     
       Około 10 rano mama robi się poważna. Nadchodzi pierwsza fala słabości. Poranna kawa przestaje działać, zresztą i tak ciśnienie jest niskie. W domu trwa estetyczna zagłada, zaczyna brakować tlenu. Pora wyjść na dwór.
Teraz dzieci robią się poważne. Patrzą na mnie przerażonymi oczami.
 Nagle zegar przestał tykać. Czas się zatrzymał. Chwilę później z rozdziawionych ust wydobywa się krzyk. Trzeba się ubrać.
Odkładam dziewięć kilo Jurka, który od razu zaczyna krzyczeć jeszcze głośniej. Gonię Józka. Mam! Zaczynamy. Pielucha, rajstopy, spodnie, skarpety, buty, koszulka, bluza…z kurtką się wstrzymam, żeby się nie spocił, kiedy będę ubierać Jurka. Zabieram Jurka do przewijaka. Ubieram kolejne warstwy, podczas gdy on właśnie teraz uparcie chce ćwiczyć siadanie. Gotowe. Wracam do Józka. Stoi rozebrany. Nie wiem czy się cieszyć, że jest taki samodzielny, czy płakać. Gorąco mi, coraz bardziej się pocę. Nie tylko ja. Jurek zapakowany w swojego misia dostał rumieńców. W dodatku musiałam go odłożyć i rozgniewał się na dobre. Wypluwa smoka, gardzi nim. Chce cycusia. No tak. Zapomniałam go nakarmić. Rozbieram i karmię. Zaczynamy od początku. 
Wreszcie się udało. Wszyscy stoją kompletnie ubrani. Jak to? Nie ma klucza. Już nie mogę narzekać na niskie ciśnienie. To na pewno ojciec. Wziął mój, bo nie mógł znaleźć swojego. Nie! Jest! Coś błyszczy na podłodze, pod gruzem zabawek. Wreszcie upragniony odgłos zamykanych drzwi i niewinny głos Józka: „Mamo….kupa”.

4 komentarze:

  1. No tak ! Rozbawiła mnie do cna ta kupa na sam koniec, wszyscy gotowi? nie ważne ! są sprawy o wiele ważniejsze. Fotografie są przepiękne, ja sama kocham uwieczniać to co ma cenny dar wspomnień. Za oknem zimno, wieje i podobno śnieg ma spaść na dniach, to nic przecież damy radę. U mnie mały jeszcze w ciepłości, daje mu tyle ile chce, przykryty warstwą matki spokojnie rozwija się w brzuchu, ale już nie długo zacznie się krzyk, pieluchy i najlepsze to sanki :) oby śniegu nie zabrakło.
    Pozdrawiam Was baaardzo ciepło w chłodne dni.
    www.matkapolka89.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to cwaniak, najgorsze zimno wygodnie w ciepełku będzie się grzał:) Ja po takim spacerze zawsze mam satysfakcję, że dałam radę i taka podbudowana jestem, że potrafię i to nic, że sama zapomniałam czapki, albo rękawiczek i ręce mi odmarzają, albo wyglądałam jak pajac, bo ubierałam szybko, to co pod ręką:) Zdrówka życzę!

      Usuń
  2. Ja zaczynam "wychodzić na spacer" kilka godzin przed wyjściem ;) Przy dwójce dzieci wyjście z domu to jak przygotowywania do wojny :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie!:) Kiedys jeszcze wózek znosiłam z drugiego piętra. Potem w chustę wiązałam małego i też zanim nabrałam wprawyto mało nie mdlałam ze złości i z gorąca:)

      Usuń