piątek, 30 października 2015

Dla Wszystkich Świętych...Mam.




















     
























      Macierzyństwo to dziwny stan. Z jednej strony uskrzydla, dodaje energii, wywołuje uśmiech i uczucie spełnienia… ale jest jeszcze druga strona , bardziej mroczna. Wraz ze szczęściem rodzi się w nas uczucie lęku, które prawdopodobnie będzie nam towarzyszyć już na zawsze. 
      Wszystko zaczyna się w momencie kiedy pierwszy raz przytulasz swoje dziecko do piersi… i choć daleko mu do bladych, gładkich bobasów ze zdjęć reklamowych, to dla Ciebie jest najpiękniejsze. Czujesz niewyobrażalną radość, coś, czego opisać się nie da. Chwilę później zaczynasz myśleć o tym, czy jest zdrowe, czy nic mu nie jest, czekasz niecierpliwie na wyniki badań. Opuszczając szpital w głowie kotłują Ci się myśli: Jak sobie poradzę z kimś tak kruchym i delikatnym? Szybko jednak nabierasz wprawy. Za to musisz się zmierzyć  z czymś o wiele ważniejszym. 
Obserwujesz swoje dziecko, które rośnie, zaczyna mieć swoje zdanie, dziecko popadające w histerię, jęczące godzinami niby bez powodu. Znów pojawia się lęk i wątpliwości, czy podołasz wychować dobrego człowieka. Samodzielnego, mądrego i empatycznego. Starasz się, tłumaczysz, przytulasz, ale w duchu boisz się, że nie wystarczy Ci cierpliwości.  
Każdego dnia prowadzisz je za rękę i trzy razy rozglądasz się na boki zanim przejdziesz przez ulicę, a jeszcze niedawno sama przebiegałaś na czerwonym rozglądając się tylko żeby sprawdzić czy w pobliżu nie ma policji. Najchętniej rozłożyłabyś nad nim parasol bezpieczeństwa , choć dookoła świeci słońce. 
Kiedy twój bobas przestaje być bobasem zaczynasz się obawiać czy jest na tyle silny, by poradzić sobie samemu. Prosisz męża, żeby odprowadził dziecko do przedszkola pierwszy raz. Czujesz, że nie uda Ci się ukryć łez. Patrzysz przez okno jak odchodzą razem i płaczesz jak bóbr, bo nie wiesz jak sobie da radę bez Ciebie, wśród obcych ludzi i w nowym miejscu.
 A potem Twoje dziecko już nie chce być odprowadzane przez tatę, ani przez mamę. Pełna niepokoju pozwalasz mu wyjść samemu. Nerwowo krążysz po domu spoglądając na zegarek. Chciałabyś dzwonić co pięć minut, ale boisz się zepsuć to co budowałaś tak długo – zaufanie.
 Po jakimś czasie Twoje dziecko w oczach innych przestaje nim być. Wyprowadza się z domu, staje się niezależne, spotyka kogoś, kto zajmuje Twoje miejsce. Uśmiechasz się, choć jesteś pełna obaw, czy ten ktoś nie złamie mu serca. Patrzysz teraz na nie z daleka, bo wiesz, że kiedy zbliżysz się za mocno ono ucieknie.
       I tak płynie dzień za dniem, aż wreszcie nadchodzi taki moment, kiedy to Twoje dziecko zaczyna się bać o Ciebie.I jeśli kiedyś taka chwila nadejdzie, to znaczy, że byłaś dobra mamą i teraz możesz już zasnąć w spokoju... 

poniedziałek, 26 października 2015

Pierwsze urodziny Jerzyka, czyli ile zostało bobasa w bobasie














































      Kiedy w sobotę Jurek obudził się z porannej drzemki Józek podbiegł do niego i zawołał: „Dzień dobry, bobasie!”.  Bobas uśmiechnął się, zszedł z łóżka i twardo stanął na dwóch nogach. Chwilę później chwiejnym krokiem ruszył w stronę moich wyciągniętych ramion. Wtulił się we mnie, a ja całując jego zaspane oczy czułam wciąż jeszcze bobasowy zapach. 
Ten zapach potrafi czynić cuda. Ukoi skołatane nerwy dużo lepiej niż Relanium.  To zapach niewinności, łagodności, lekkości… tego wszystkiego  co chciałoby się poczuć w sobie. Na jak długo jeszcze go wystarczy? Co zrobię kiedy zniknie? Kiedy Jurek stanie się chłopcem, kiedy nie będzie już chciał wskakiwać mi na ręce i odchyli głowę przed moim pocałunkiem? Wiem, że ten moment wkrótce nadejdzie. Wiem to, bo właśnie minął rok od kiedy jesteśmy razem. 
    Przygotowaliśmy przyjęcie. Chciałam, żeby ten dzień był wyjątkowy.  Wyprasowałam ubranka dla chłopaków, czego nie robię już od wielu miesięcy, upiekłam ciasto. Robiąc dekoracje myślałam, że schowam je później razem ze zdjęciami na pamiątkę i kiedyś dam Jerzykowi w prezencie. Może będzie wtedy przechodził trudny okres dorastania, może będzie się buntował przeciwko wszystkiemu i głośno krzyczał o swojej niezależności. Wyjmę wtedy to stare, zakurzone pudełko, a kiedy Jurek je otworzy zobaczy jak bardzo się starałam, jaki jest dla mnie ważny. Może przyjdzie się przytulić prosto w moje zawsze wyciągnięte do niego ramiona. 
Pomyśli o tym, że dobrze jest mieć przyjaciół, z którymi można dzielić takie ważne chwile, którzy nas nie zawiodą i będą z nami. 
     To był cudowny dzień z muzyką, wielkim tortem od cioci Marty, ciasteczkami, które chrupały w ustach i pod stopami. A kiedy goście wyszli i gwar ucichł położyłam się obok Jurka i zastanawiając się ile wciąż jest  bobasa w bobasie, powąchałam to, co jeszcze zostało.

niedziela, 18 października 2015

Jerzyk
























        Rok temu kiedy w zimne październikowe wieczory kładłam się spać do ciepłego łóżka, kiedy po wielu próbach wreszcie znajdowałam wygodną pozycję dla siebie i dla mojego brzucha, kiedy układałam jedną poduszkę sobie pod głowę, a drugą Jurkowi i przykrywałam nas miękką kołdrą, przy delikatnym, przyjemnym świetle lampki prosiłam po cichu, żebyśmy dziś mogli już zostać w domu, że nie chcę już wychodzić  z naszego przytulnego gniazdka, bo jest za zimno, za późno, bo jestem zmęczona. Tymczasem Jurek dał mi pierwszą w życiu lekcję. Czasem warto przygryźć usta, mocno, aż do krwi i zrobić jeszcze jeden gest, kiedy wydaje się nam, że zrobiliśmy już wszystko. Otworzyć oczy, choć przekrwione ze zmęczenia, zostawić to, co wydaje się nam najlepsze, najwygodniejsze, stawić czoła wyzwaniom i zaryzykować…
     Zawsze podziwiałam ludzi, którzy wiedzą czego chcą i są wytrwali w postanowieniach, nie poddają się, nie rezygnują, idą dalej mimo przeszkód… Taki jest Jurek. Z podziwem patrzyłam przez ostatni rok jak bardzo jest zdeterminowany, jak bardzo czegoś chce, jak uparcie do tego dąży i wreszcie mu się to udaje. Obserwowałam jego małe paluszki, które cierpliwie uczyły się łapać coraz mniejsze przedmioty, jego nóżki, które niezmordowanie ćwiczyły przez całe dnie, by tuż przed urodzinami dać ten pierwszy krok ku dorosłości. Przez cały rok przyglądałam się małemu dziecku, starałam się pomagać i uczyć, a tymczasem ono dało mi kolejną ważną lekcję.

      Kiedy urodził się Józek moje życie skupiło się na nim. Nie chciałam opuszczać go nawet na chwilę i najchętniej nie wypuszczałabym go z ramion. Tak bardzo się zakochałam…  Józio każdego dnia szczęśliwie lewitował przez nasz świat, którego stał się przewodnikiem. Tymczasem my wkraczaliśmy na coraz cieńszy lód zapominając o sobie nawzajem. Powoli przestawało wystarczać zmęczonej  mnie dla spracowanego niego. Nie wiem jaki byłby Józio, jak wyglądałoby nasze małżeństwo za kilka lat, gdyby nie pojawił się Jurek. Pokazał mi, że świat się nie zawali jeśli jego brat pobawi się sam, że my z tatą potrzebujemy siebie nawzajem bardziej niż kiedykolwiek. Nie trzeba nam lasu rąk do pomocy, bo możemy na siebie liczyć, i nie warto wmawiać sobie, że nie mam czasu, bo czas się znajdzie jeśli się czegoś chce. 
     Za tydzień Jurek skończy rok. Kocham Cię synku i dziękuję.

niedziela, 11 października 2015

Idzie zima, trzeba się ubrać.






































     
       Około 10 rano mama robi się poważna. Nadchodzi pierwsza fala słabości. Poranna kawa przestaje działać, zresztą i tak ciśnienie jest niskie. W domu trwa estetyczna zagłada, zaczyna brakować tlenu. Pora wyjść na dwór.
Teraz dzieci robią się poważne. Patrzą na mnie przerażonymi oczami.
 Nagle zegar przestał tykać. Czas się zatrzymał. Chwilę później z rozdziawionych ust wydobywa się krzyk. Trzeba się ubrać.
Odkładam dziewięć kilo Jurka, który od razu zaczyna krzyczeć jeszcze głośniej. Gonię Józka. Mam! Zaczynamy. Pielucha, rajstopy, spodnie, skarpety, buty, koszulka, bluza…z kurtką się wstrzymam, żeby się nie spocił, kiedy będę ubierać Jurka. Zabieram Jurka do przewijaka. Ubieram kolejne warstwy, podczas gdy on właśnie teraz uparcie chce ćwiczyć siadanie. Gotowe. Wracam do Józka. Stoi rozebrany. Nie wiem czy się cieszyć, że jest taki samodzielny, czy płakać. Gorąco mi, coraz bardziej się pocę. Nie tylko ja. Jurek zapakowany w swojego misia dostał rumieńców. W dodatku musiałam go odłożyć i rozgniewał się na dobre. Wypluwa smoka, gardzi nim. Chce cycusia. No tak. Zapomniałam go nakarmić. Rozbieram i karmię. Zaczynamy od początku. 
Wreszcie się udało. Wszyscy stoją kompletnie ubrani. Jak to? Nie ma klucza. Już nie mogę narzekać na niskie ciśnienie. To na pewno ojciec. Wziął mój, bo nie mógł znaleźć swojego. Nie! Jest! Coś błyszczy na podłodze, pod gruzem zabawek. Wreszcie upragniony odgłos zamykanych drzwi i niewinny głos Józka: „Mamo….kupa”.