wtorek, 15 września 2015

Śniadanie, obiad, kolacja i...deser!








































       Mam dla Was pomysł na śniadanie, obiad, kolację i najważniejsze... deser!
Weganką nie jestem. Nie jestem nawet wegetarianką, ale nie potrzebuję mięsa w każdym posiłku. Przetestowałam kilka przepisów z Jadłonomii i myślę, że Marta Dymek ma naprawdę wielką fantazję, która trafia w sam środek mojego żołądka. Polecam! Mnie tez poniosła wyobraźnia i zrobiłam sałatkę z cyklu "wrzuć co masz", która nigdy nie jest taka sama. Za to pizza zawsze wychodzi mi wyśmienicie!

1. Smalec fasolowy z kaszą gryczaną. 

Przepis zajdziecie Tu

2. Pizza.


Ciasto:
3 szklanki mąki
szczypta soli
łyżka oliwy z oliwek
1/3 paczki drożdży
ok. 200ml wody

Drożdże rozpuszczamy w ciepłej wodzie z odrobiną cukru. Czekamy aż zaczną pracować. Mąkę i sól wysypujemy, dodajemy oliwę z oliwek i wlewamy drożdże. Ugniatamy. Ciasto chowamy w ciepłe miejsce, żeby wyrosło na ok. 1,5 godziny. Kiedy zależy mi na czasie wkładam je do bardzo delikatnie rozgrzanego piekarnika na 15 minut. Dokładnie rozwałkowujemy, układamy na blaszce posypanej mąką i pieczemy 10 minut. Na górę kładziemy to, na co mamy ochotę. Może to być sos pomidorowy, zioła i mozarella, albo salami, pieczarki i ser.

3. Sałatka

Sałata + kukurydza + tofu marynowane + pomidory + kiełki + sok z cytryny + oliwa

Proporcje dowolne.

4. Ciasteczka owsiane.

Przepis znajdziecie Tu

czwartek, 10 września 2015

Koniec lata

  
























       Dzieci zasnęły dziś jak zwykle przed dwudziestą, a wydaje się jakby było już późno w nocy. Za oknem mrok. Jeszcze tydzień temu, kiedy kładłam je spać światło wpadało do domu wszelkimi możliwymi otworami i przy każdym usypianiu obiecywałam sobie, że zmienię zasłony na ciemniejsze. 
Być może jutro, kiedy wstaniemy wciąż będzie ciemno i poczuję, że brakuje mi rozświetlonego słońcem mieszkania, słońcem, które czasem dodawało energii, a czasem słodko rozleniwiało.
 Już niedługo zimny prysznic zamienię na gorącą kąpiel i będę sobie wyobrażać, że zanurzam się w nagrzanym od słońca jeziorze. Zamiast cieszyć się ciepłym, letnim deszczykiem,  schowam dzieci pod swój sweter i pobiegnę pod pierwszy lepszy daszek, żeby nie zmarzły w przemoczonych butach. Już nie będziemy biegać boso. Zmysł dotyku będziemy rozwijać w ciepłych skarpetach. Nadchodzi pora, żeby zamknąć okna i balkon otwarty szeroko od miesięcy. Przez szybę będę patrzeć jak zmieniają się kolory na ulicach. Jak kwieciste sukienki chowają się pod ciepłymi płaszczami w kolorze ziemi, a ze straganów znikają maliny i jeżyny. Już nie pokłujemy rąk zrywając agrest w ogrodzie u babci. Już nie zrobimy kolczyków z czereśni i nie wybrudzimy ust jagodami. Ze skrzynki pocztowej zamiast kartek z podróży wyjmiemy ulotki i listy z banku.
 Kończy się lato, czas pól makowych, chabrów ukrytych w zbożach, czas żniw i spadających gwiazd. Znów stałam się rok starsza, gdy w sierpniu świętowałam urodziny, a już za chwilę Jurek zdmuchnie swoją pierwszą w życiu świeczkę.
 Nadchodzi jesień i zaczynam się robić trochę bardziej melancholijna.  Zamiast dziarsko podskakiwać przy radiowych przebojach, wolę włączyć Nicka Cave’a. Spakować termos z ciepłą herbatą i pojechać do lasu. Powąchać świat pachnący wilgotną ziemią i mokrym drewnem. 
       Trochę się jednak cieszę, że mieszkam w miejscu, gdzie są widoczne cztery pory roku - gdzie lato jest słonecze, zima śnieżna, wiosna rozkwita zielenią, a jesień spowita we mgle ma jakąś wyjątkową, magiczną moc.

poniedziałek, 7 września 2015

W starym dworku






































   
        Był stary, stary las, a w tym starym,  starym lesie stał stary,  stary dom, a w tym starym, starym domu… działa się pewna historia. 
Przejeżdżając przez warmińskie i mazurskie wsie można spotkać duże wiekowe domy z kolumnami, stare dworki, z których każdy skrywa swoje dzieje. Jedne przywołują obraz romantyczny, jak z „Nocy i dni”, a inne wywołują niepokój rodem z „Wilczycy”. Czasem stoją puste, porzucone, a czasami ktoś próbuje nadać im drugie życie i stworzyć  nową, własną opowieść.  
Mijając takie posiadłości zastanawiam się jacy ludzie w nich mieszkali, czy mieli radosne życie, a może byli nieszczęśliwie zakochani…, czy po podwórku biegały roześmiane dzieci i czy rodzice marzyli, żeby ich potomkowie zapełnili dworek na zawsze, aż do nieskończoności, żeby rozkwitał przez kolejne pokolenia, żeby trwał… 
     Mieszkamy w starej kamiennicy , w  mieszkaniu, które ma ponad 100 lat, owianych dla mnie tajemnicą. Nie łudzę się, że to nasze miejsce, choć piękne,  zostanie w jakimś sensie naszym rodzinnym dziedzictwem. Nie mam nadziei, że kiedyś będzie przechodziło z pokolenia na pokolenie, podobnie jak rzeczy, które tak pieczołowicie zbieram. To nie jest moim marzeniem. Kocham tę jedną z najpiękniejszych ulic w Olsztynie, powiew przeszłości, który pojawia się z chwilą, gdy łapiemy za klamkę starych, drewnianych drzwi, ściany, w których tkwi część duszy najważniejszych dla mnie ludzi. Jednocześnie wiem, że mieszkanie tu razem na zawsze jest niemożliwe, bo moim marzeniem jest żeby moi synowie byli przede wszystkim niezależni. 
 Ale jak zbudować niezależność w kimś kto jest częścią mnie?  Jak nauczyć ich być silnym, jeśli z miłości chciałoby się zrobić dla nich wszystko? Wciąż staram się szanować ich zdanie, dawać im wybór i pozwalać być samodzielnymi, choć czasem, gdy widzę jak Józek długo próbuje ułożyć puzzle, zdarza mi się podejść i dopasować element w odpowiednie miejsce. Nie jestem idealna. Nie czytam podręczników o wychowaniu, a jeśli przeczytam, to i tak pod wpływem chwili zapominam o zasadach i kieruję się intuicją. 
Czy mnie nie zawiodła, dowiem się pewnie dopiero wtedy, kiedy w kieszeniach spodni Józka i Jurka zabrzęczą klucze do nowego rozdziału ich własnej historii.