środa, 17 czerwca 2015

Zabawki










































       
        Wychowałam się praktycznie bez zabawek i wcale nie było to smutne dzieciństwo.
 Miałam własne podwórko, gdzie działo się naprawdę dużo, miałam rówieśników w sąsiedztwie i ciekawość świata, którą nieraz przyszło mi przypłacić wykręconym uchem. Miałam swoją „bawionkę” na balkonie.  To był mój domek, gdzie nagle stawałam się dorosła, gdzie gotowałam piasek w dziurawych garnkach, piekłam bułeczki z kasztanów i paliłam podkradzione tacie papierosy (to m.in. ta ciekawość świata). 
Na hasło „Mamo, nudzę się” moja mama czasami odpowiadała „I co ja ci, dzieciaku poradzę” . Wydawałoby się, że nie przejmowała się mną za wiele, a to nie prawda. W ten prosty sposób budziła we mnie kreatywność, bo dziecko raczej nie potrafi nudzić się długo.
 I nagle w małej głowie kiełkowały różne pomysły (zwykle były zdrowsze niż palenie), bo było już wiadomo, że teraz mama nie włoży tam nic gotowego.

       Od mojego dzieciństwa wiele się zmieniło. Przez ręce naszych dzieci leje się lawina zabawek płynąca od babć, dziadków, cioć, wujków i nas samych. 
Co jakiś czas próbuję je posprzątać, posegregować, a te zepsute wyrzucić. Okazuje się wtedy, że między zabawkami znajduję prawdziwe perełki: rurę PCV, ładowarkę do telefonu, kasety magnetofonowe…(!). 
        Przez ostatnie 2 lata zdążyłam zauważyć, że najlepszą zabawką jest to, co zabawką nie jest, a od kiedy urodził się Jurek i czas muszę dzielić na dwóch, że wystarczy dać dziecku chwilę, a pudło od odkurzacza staje się łódką, rura wiosłem i podczas gdy Józek unosi się na fali wyobraźni, ja mam czas na kawę. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz