wtorek, 7 marca 2017

Najgorsza jest pierwsza doba.








































       Zmierzyć się z tematem szpitala nie jest łatwo. Z jednej strony to miejsce może kojarzyć się tylko źle, bo z chorobami, które potrafią całkiem zrujnować ludzkie życie. Dotykają wszystkich, bez względu na stan ducha i posiadania, wiek, czy status społeczny. Potrafią wywrócić świat do góry nogami, a w wielu przypadkach tak już go zostawić, czasem na o wiele za krótkie "zawsze". To przygnębiające miejsce i nikt chyba temu nie zaprzeczy. 
Z drugiej strony szpital daje nadzieję. 
      Trafiłam do szpitala z Jurkiem i zapaleniem oskrzeli. Jurek kaszlał i miał duszności, więc zabrałam go do lekarza, który skierował nas na oddział. To był dla mnie ogromny stres. W pośpiechu pakowałam rzeczy zupełnie bez ładu, myśląc jednocześnie o tym, że pewnie przez kilka najbliższych dni nie uda mi się przyjechać do domu (mąż wciąż był daleko), że nie będę miała jak odebrać Józia, który jest w przedszkolu i o Jurku, że coś złego może mu się stać. W końcu jakoś to wszystko poukładałam. Potem były badania, kroplówka, wziewy, jeden zabieg po drugim. Jestem zupełnie nieodporna na łzy moich i nie tylko moich dzieci, kiedy wiem, że są przestraszone, albo kiedy dzieje się z nimi coś złego, dlatego pierwszego dnia pobytu poniosłam emocjonalną klęskę. A wieczorem dostałam smsa od koleżanki, że rano będzie już lepiej, bo najgorsza jest pierwsza doba. I rzeczywiście. 
Drugiego dnia zaczęliśmy się przyzwyczajać. Mieliśmy już swoje szlaki, zabawy i nowych znajomych. Jurek zaczął zdrowieć, a tata był w drodze powrotnej. 
      W szpitalu byłam za krótko, żeby narzekać na niewygodne łóżko czy na jedzenie. W życiu, z własnego wyboru spałam w bardziej niewygodnych miejscach: ciasnym, dusznym namiocie, czy na lotnisku i jadłam mniej smaczne rzeczy. W szpitalu najważniejsze było dla mnie wsparcie. Dlatego dziękuję pielęgniarkom, które wciąż się do mnie uśmiechały, choć nie byłam do końca miła kiedy zakładały Jurkowi wenflon, dziękuję lekarzom, że mogłam im zaufać, Darkowi, że wsiadł w pierwszy autobus i wrócił do domu i za wieczorny sms od koleżanki. 

czwartek, 16 lutego 2017

Zima zła.

















      Mam kilka powodów, żeby nienawidzić zimy. Po pierwsze - rachunki za ogrzewanie, po drugie -ubieranie dzieci przed wyjściem na dwór,  i po trzecie - choroby, które dopadły nas w tym roku jak nigdy.
Trzy tygodnie spędziliśmy w domu, a Józkowi i Jurkowi temperamentem bliżej jest do norweskiego leśnego przedszkola niż do kanapy w salonie. Dlatego, na ile pozwalały im siły, cieszyli się chociaż z wietrzenia domu i posłusznie, z uśmiechem wielkości tropikalnych bananów, wskakiwali pod kocyk. Zabójczy wręcz dla ich stanu entuzjazm pojawiał się, gdy rano oznajmiałam o kolejnej wizycie w przychodni. Będzie spacer! Będzie przygoda!
Przestałam już łudzić się, że telefon do rejestracji mi odpowie. Biegłam więc co sił w nogach rano ze swoją słodką tajemnicą w postaci góry od piżam pod kurtką, żeby zdążyć na 8, na otwarcie ośrodka zdrowia. 8.10 brak numerków. Trzeba próbować między pacjentami. A to już prawdziwe wyzwanie. Brałam książki, przekąski i niezawodny telefon z krótkimi filmikami i podenerwowana czekałam, czy właśnie teraz, kiedy mam szansę wejść do gabinetu, nie pojawi się ten skrupulatny i nieugięty typ pacjenta, który biega szybciej i w porannej kolejce do okienka stał przede mną. Pewny siebie, posiadacz ostatniego, szczęśliwego numerka.
     Szczęście w nieszczęściu, że chore dzieci to spokojne dzieci. Powiem to głośno, choć z pewną dozą nieśmiałości- przy chorych dzieciach czasem da się odpocząć. Po pierwsze dlatego, że gdy smaga ich gorączka często same chcą spokoju i snu. Po drugie dlatego, że miękkie matczyne serce boli, gdy czujesz, że Twoje dzieci cierpią, więc wychodzisz naprzeciw ich prośbom i sama proponujesz długie seanse bajkowe.
A potem dzieci zaczynają zdrowieć i zaczyna się ten stan, w którym trzeba decydować czy już można wyjść na dwór, czy jeszcze lepiej nie. Bo one by chciały biegać, skakać, latać, pływać i najlepiej wszystko naraz, w tej samej chwili, bo nagromadziły w sobie taką ilość energii, która postawiłaby na nogi co najmniej połowę populacji hipochondryków. One by chciały tarzać się w śniegu, lizać sople, odmrażać uszy, nosy i poliki,  i układać na grzejniku mokre rękawiczki.
    Nie jestem typem mamy-niedźwiedzicy, która zimę spędza z małymi w swojej gawrze i głośno ryczy na termometr, gdy kreska zjeżdża w dół. Nawet trochę się cieszę, że żyję w miejscu, gdzie wszystkie pory roku są wyraźne, gdzie latem mogę kąpać się w jeziorze, a zimą jeździć po nim na łyżwach. Świeże powietrze nie szkodzi zdrowiu, bez względu na to, czy z nieba leje się żar, czy pada śnieg, a podstawą fizycznej krzepy jest spokojna głowa. Dlatego przepraszam Państwa, będę już kończyć, bo czas się przewietrzyćJ!

Ps. W sesji obok Józka i Jurka udział wzięli: Eliza i Ignacy z Piknikowego Pola.

środa, 8 lutego 2017

My New Roots.













































     Zima dała się nam ostatnio we znaki! Chorowaliśmy długo i intensywnie. Całe dnie przesiadywaliśmy w domu. Co nas głównie trzymało przy życiu? Bajki, klocki lego i pyszne jedzenie.
Żeby wzmocnić trochę chłopaków staram się gotować zdrowo. Przepisy z "My New Roots" są idealne, bo zdrowe, smaczne i niezbyt skomplikowane. Przetestowaliśmy już wiele, ale ostatnio wygrywa kasza, dynia i pesto z jarmużu!

4 kubki jarmużu
1 kubek surowych orzechów włoskich
ząbek czosnku
starta skórka i sok z jednej cytryny
drobnoziarnista sól morska i łyżka syropu klonowego
2 - 3 łyżki oliwy
dynia piżmowa
kubek prażonej kaszy gryczanej (ja po prostu ugotowałam)
pieprz
1 1/2 kubka ugotowanej białej fasoli
kilka plastrów sera koziego

Z jarmużu, orzechów, cytryny, soli, oliwy i syropu klonowego zrobiłam pesto, czyli porządnie zmieliłam w blenderze. jeśli pesto wychodzi za suche trzeba dodać więcej oliwy. Połączyłam je z ugotowaną kaszą gryczaną i białą fasolą. Dynię pokroiłam na plastry i upiekłam. Na koniec wystarczy przełożyć plastry dyni jarmużowym pesto i kozim serem. Smacznego!





poniedziałek, 30 stycznia 2017

To miał być typowy wpis motywacyjny.

































     
   
      To miał być typowy wpis motywacyjny, który wypadałoby napisać na początku roku. Pisałam o tym, że czuję się, jakbym stawała w drzwiach z nowym plecakiem, gotowa na wyprawę w nieznane i podekscytowana jak dziecko. Że nie boję się zaczynać od początku bo z każdym końcem roku, gdziekolwiek zaprowadziły mnie drogi wracałam silniejsza i mądrzejsza. Że z upływającym czasem lepiej poznaję siebie, bardziej rozumiem i dokładniej widzę dokąd chcę podążać. I takie tam… Pisałam go długo, bo wciąż coś mi przeszkadzało: brak drzemki Jurka w dzień, weekendy bez przedszkola Józia, wreszcie choroby chłopaków i całe dnie spędzone z nimi w domu, zmęczenie, praca po nocach itd. W końcu ten mój wpis zaczął mnie nudzić. Pomyślałam, że wypisuję banały, które bardziej usypiają niż motywują. Wystarczy pustych słów po to tylko, żeby coś napisać. Więc co naprawdę dodaje mi sił?

Fakt, że jestem mamą. Moje dzieci potrafią mnie wkurzyć. Dużo krzyczą, bałaganią, psują plany i ograniczają swobodę, ale zawsze kiedy nadchodzi wychowawczy kryzys przypominam sobie, że nikt nie kocha mnie bardziej niż one i nikt nie sprawia, że śmieję się tak często. Chcę nauczyć ich być silnymi, mądrymi i niezależnymi, dlatego wiem, że przede wszystkim muszę dać im przykład.

Ludzie. Lubię siebie i lubię spędzać czas w swoim towarzystwie. Ale nie mogę ciągle rozmawiać sama ze sobą i śmiać się z własnych dowcipów. Potrzebuję innych, bo lubię słuchać. Lubię pomagać, bo chcę czuć się potrzebna i dobra i uczyć się od tych, którzy odnoszą sukcesy.

Praca. To duże wyzwanie, kiedy zaczyna się własną działalność. Wiadomo. To duży stres i przy dwójce małych dzieci to też często nocne zmiany. Ale z natury jestem pracowita i wreszcie robię to co lubię.

Myślenie pozytywne, bo że tak trącę jednak banałem: nigdy nie jest tak dobrze, że nie mogło być lepiej i nigdy nie jest tak źle, że nie mogło być gorzej.


Ps. Zdjęcia są efektem nudy, która zmotywowała Józia, żeby trochę popływaćJ A żeby było spójnie z treścią, to życzę Wam w Nowym Roku wielu dobrych impulsów i przede wszystkim spokojnych wód!