poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Nie tylko dla chłopaków.











































      "Roboty", "Samoloty" i "Kto prowadzi" to tytuły typowe dla chłopaków, ale same książeczki są bardzo uniwersalne. Każdy znajdzie coś dla siebie! Przez te książki przewijają się wątki sensacyjne, przygodowe, miłosne, przyrodnicze i muzyczne. Bohaterów jest tak wielu, że od miesięcy, co wieczór śledzimy losy kogoś innego! Na zatłoczonym lotnisku, czy na Ziemi, gdzie nagle wylądowało pokaźne stado robotów, doskonale można ćwiczyć spostrzegawczość dziecka. Ilustracje w "Samolotach" i "Robotach" to świetnie przemyślany chaos, z którego rodzą się ciekawe historie. "Kto prowadzi" to książka dwujęzyczna. Kolorowe strony przykuwają wzrok maluchów, które przy okazji uczą się nazw pojazdów i wydawania odgłosów po angielsku.
Te i wiele innych książek z Wydawnictwa Babaryba znajdziecie np. tu: http://babaryba.pl/

piątek, 7 kwietnia 2017

Taka wiosna!

























































Tak było kilka dni temu. Taką wiosnę lubię. Taki weekend mogłabym mieć co tydzień. Tatę zostawiliśmy z remontem, a sami po raz kolejny wyjechaliśmy do Łan Sztuk.

wtorek, 7 marca 2017

Najgorsza jest pierwsza doba.








































       Zmierzyć się z tematem szpitala nie jest łatwo. Z jednej strony to miejsce może kojarzyć się tylko źle, bo z chorobami, które potrafią całkiem zrujnować ludzkie życie. Dotykają wszystkich, bez względu na stan ducha i posiadania, wiek, czy status społeczny. Potrafią wywrócić świat do góry nogami, a w wielu przypadkach tak już go zostawić, czasem na o wiele za krótkie "zawsze". To przygnębiające miejsce i nikt chyba temu nie zaprzeczy. 
Z drugiej strony szpital daje nadzieję. 
      Trafiłam do szpitala z Jurkiem i zapaleniem oskrzeli. Jurek kaszlał i miał duszności, więc zabrałam go do lekarza, który skierował nas na oddział. To był dla mnie ogromny stres. W pośpiechu pakowałam rzeczy zupełnie bez ładu, myśląc jednocześnie o tym, że pewnie przez kilka najbliższych dni nie uda mi się przyjechać do domu (mąż wciąż był daleko), że nie będę miała jak odebrać Józia, który jest w przedszkolu i o Jurku, że coś złego może mu się stać. W końcu jakoś to wszystko poukładałam. Potem były badania, kroplówka, wziewy, jeden zabieg po drugim. Jestem zupełnie nieodporna na łzy moich i nie tylko moich dzieci, kiedy wiem, że są przestraszone, albo kiedy dzieje się z nimi coś złego, dlatego pierwszego dnia pobytu poniosłam emocjonalną klęskę. A wieczorem dostałam smsa od koleżanki, że rano będzie już lepiej, bo najgorsza jest pierwsza doba. I rzeczywiście. 
Drugiego dnia zaczęliśmy się przyzwyczajać. Mieliśmy już swoje szlaki, zabawy i nowych znajomych. Jurek zaczął zdrowieć, a tata był w drodze powrotnej. 
      W szpitalu byłam za krótko, żeby narzekać na niewygodne łóżko czy na jedzenie. W życiu, z własnego wyboru spałam w bardziej niewygodnych miejscach: ciasnym, dusznym namiocie, czy na lotnisku i jadłam mniej smaczne rzeczy. W szpitalu najważniejsze było dla mnie wsparcie. Dlatego dziękuję pielęgniarkom, które wciąż się do mnie uśmiechały, choć nie byłam do końca miła kiedy zakładały Jurkowi wenflon, dziękuję lekarzom, że mogłam im zaufać, Darkowi, że wsiadł w pierwszy autobus i wrócił do domu i za wieczorny sms od koleżanki.