środa, 25 maja 2016

Coś dla ducha malucha.





































       Pamiętacie film "Truman Show"? Główny bohater odkrywa, że jego życie jest podglądane przez miliony widzów, a on sam jest bohaterem telewizyjnego serialu. 
Na podobny pomysł wpadł Mo Willems, współtwórca "Ulicy Sezamkowej". Bohaterowie jego książki odkrywają, że ktoś na nich patrzy i ktoś ich czyta. Postanawiają to wykorzystać, żeby fajnie się pobawić. Przy okazji bawią się czytelnicy, tacy jak Józek i Jurek, którzy aż podskakują z radości! 
W drugiej części słoń Leon łamie trąbę. Wiadomo, że złamanie czegokolwiek do przyjemnych rzeczy nie należy, a jednak kiedy poznajemy okoliczności na naszych twarzach pojawia się uśmiech:) Ta część może sie przydać, kiedy faktycznie trzeba będzie coś zabandażować. Na pewno podniesie na duchu! 
Bardzo sympatyczne te książeczki! Polecamy serdecznie!

niedziela, 15 maja 2016

Podróże małe i duże.





        Zbliżają się wakacje i choć wakacji nie mam już od dawna, to lato jest dla mnie ich synonimem.
Kiedyś pewnie wystarczyłoby hasło: „Żegnaj szkoło.  Ahoj przygodo!” , spakowałabym plecak i założyła japonki (mój mąż z nich drwi, ale były ze mną na każdej wyprawie i nigdy mnie nie zawiodły ) i ruszyła w nieznane. 
Przemierzałabym świat śmierdzącą plackartą, wypełnioną po brzegi marszrutką, łodzią, stopem, motocyklem, pieszo czy na koniu, tylko po to, żeby się przekonać, że u celu wyprawy nie ma nic. Bo cel wyprawy często nie jest ważny, ważna jest sama podróż, to, co dzieje się po drodze. Po drodze zbiera się dodatkowy bagaż, taki, który nic nie waży, a pełen jest cennych rzeczy:
Wiary w siebie.
Mój mąż dużo podróżował po wschodniej Europie. Pewnego razu stracił pieniądze i dokumenty wiele setek kilometrów od domu, w  państwie, gdzie bez łapówki nic  się nie da załatwić, a jednak poradził sobie. Wrócił cały i zdrowy.
Wiary w ludzi.
Kiedy podróżuje się samemu lub we dwójkę, ludzie, których się spotyka są bardziej życzliwi, otwarci, czasem pojadą dużo dłuższą drogą, tylko po to, żeby gdzieś Cię podrzucić. Czasem zaproszą na obiad do domu, a innym razem przenocują i wcale nie chcą za to pieniędzy.
Szczęścia z małych rzeczy.
Mój kolega złamał nogę będąc na Krymie. Musiał wrócić do Olsztyna pociągiem i strasznie się bał, że z gipsem na całej długości nogi nie zmieści się w toalecie. Zażył więc paczkę „Laremidu”. Udało się. Do toalety poszedł już w domu, ale… po tygodniu. Tego dnia poczuł wielką radość i zarazem ulgę.
Świadomości, że żyjemy w dobrym miejscu. 
Na każdej wyprawie zdarza się moment, w którym nasze serce bije szybciej, kiedy myślimy o domu, a nawet jeśli lubimy ponarzekać na mieszkanie w danym miejscu, to okazuje się, że na tle świata to nasze miejsce nie wypada wcale tak źle.
      Dziś sens mojego podróżowania trochę się zmienił. Nie czuję się na siłach, żeby przemierzać setki czy tysiące kilometrów nie mając zabukowanego noclegu, czy odpowiedniej ilości pieniędzy w kieszeni. Nie czuję potrzeby odkrywania, bo nie zostało już wiele do odkrycia. Prawie wszędzie ktoś był przed nami. Ktoś, kto chciał poczuć się wyjątkowo. 
Dziś podróżuję po to, żeby móc pooddychać głębiej i spokojniej, przefiltrować wszystkie myśli, które krążą prawie zawsze wokół domu. I chociaż marzy mi się widok egzotycznej przyrody, to czasem wystarczy egzotyczny odpoczynek na kocyku nad jeziorem.



Ps.  Podróżować dookoła świata nie muszę, ale kocham czytać jak robią to inni, np. Marta Owczarek i Bartek Skowroński, którzy najpierw przemierzyli świat przez 888 dni, a potem dokładnie 888 dni od powrotu wyjechali motocyklami na wyprawę po Azji Środkowej. Zwiedzanie z nimi jest ciekawe, bo raczej nie trafimy do oświetlonych błyskiem fleszy miejsc. Bardziej kierujemy się w stronę, gdzie brak jest elektryczności. Za to jest niesamowita przyroda, ciekawi ludzie i jest historia, którą warto opowiedzieć. Książki Marty i Bartka czyta się łatwo i przyjemnie choć ich wyprawa do łatwych wcale nie należała, a zdjęcia z podróży dowodzą, że  kiedy zwykłe życie zaczyna nam doskwierać, wystarczy jedna decyzja, żeby  zamienić je w niesamowitą przygodę. 




poniedziałek, 2 maja 2016

Lubię maj.

































Zaczął się maj. 
Lubię ten moment w lesie, kiedy kwitną takie małe białe kwiatki i robi  się wtedy magicznie. 
Lubię pierwsze majowe ciepło i powiew lekkości kiedy wreszcie można wyjść z domu na krótki rękaw. 
Lubię zapach czystych okien i firan, i uczucie, że razem z makroświatem za oknem odradza się mój domowy mikroświat. 
Lubię mieć przed sobą kilkadziesiąt długich dni, pełnych słońca, które odżywi moją kiełkującą nadzieję na spełnione marzenia. 
Lubię te wszystkie wiosenne bodźce, które powodują, że Jurek wciąż pyta „co to?” i jego „ooooooo”, gdy słyszy odpowiedź. 
Lubię patrzeć jak wita się i żegna z każdą obudzoną mrówką i żukiem i kiedy woła „Paaaan! Cześć!” z otwartego już całe dnie balkonu do sąsiada, który właśnie wyszedł z psem. 
Lubię kiedy po drodze z przedszkola Józio, jak przewodnik po ogrodzie botanicznym, opisuje wszystkie klomby: „tu rosną kwiatki bratki, tam żonkile, a dalej tulipany”, a wieczorem składa ręce jak do modlitwy, powoli rozchyla palce i mówi: „Mamo! Patrz! Kwiat się otwiera! Podlej go!”. 
Kocham tę jego wrażliwość, choć czasem ciężko zachować powagę. 
Lubię Dzień Matki i kolejne rocznice ślubu moich rodziców.
Lubię maj. 

wtorek, 26 kwietnia 2016

Turlututu, czyli magiczne przygody w księgarni.










        Przychodzi taki moment w życiu człowieka, że bardzo, ale to bardzo chce mu się pobyć w większym towarzystwie. Kiedy tata jest w pracy, Józek w przedszkolu, a mama niewyspana i mało kreatywna... jest na to sposób! 
Niedaleko naszego domu jest księgarnia "Za rogiem", a w niej fika Domifika. Domifika prowadzi zajęcia dla maluchów, na których dużo się dzieje. Dzieci tańczą, śpiewają, dotykają, wąchają, patrzą i słuchają. Czasem Dominika wykorzystuje do zabawy książki i nieważne czy dzieci mają rok czy pięć to są wręcz rozpromienione, bo nagle książka okazuje się nie być zwykłą książką. Wyskakuje z niej prawdziwy kosmita i zabiera dzieci w magiczną podróż. 
Turlututu mieszka z nami. Jest naszym sposobem na nudę. Świetnie potrafi zaangażować i tego, kto czyta i tego, kto słucha, łamie bariery, pozwala ciągnąć za włosy (delikatnie), przytulać, krzyczeć, robić głupie miny, dmuchać, klaskać i naciskać! Tylko uwaga! Turlututu nie ulula do snu. On jest po to, żeby się dobrze bawić!

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Co by było, gdyby...




    
 Co by było, gdybym raz dała rękę Cygance, jednej z wielu, kręcących się w spódnicach typu maxi po mojej dzielnicy?
Tych wypowiadających zdania w zupełnie niezrozumiałym dla mnie języku, które brzmią jak tajemnicze zaklęcia... machających długimi, błyszczącymi warkoczami jak czarodziejskimi różdżkami i wpatrujących się w odbijające światło słoneczne szyby samochodów jak w szklaną kulę? 
Co by było, gdyby mi powiedziała, że będę żyła długo i szczęśliwie? 
Co by było, gdybym się dowiedziała, że jutro umrę? 
Gdyby linie papilarne na mojej dłoni okazały się długie, proste i wyraźne tak jak miałoby wyglądać moje życie, pewnie poszłabym to uczcić. Kupiłabym sobie ładną sukienkę i zaszłabym do cukierni po tort. Potem ogłosiłabym dobre wieści światu na facebooku i poszła spać. Przede mną jeszcze długa droga, na razie nic nie muszę, choć przecież mogę wszystko. 
A jeśli jutro miałabym umrzeć? Pewnie dopiero wtedy naprawdę poczułabym życie.  Zniknęłyby wszystkie pokusy, żądze i bezustanne pragnienia, które po zaspokojeniu zamiast szczęścia wywołują uczucie pustki. Pewnie nie odebrałabym telefonu, nie uruchomiła Internetu, żeby żyć życiem innych zamiast własnym. Wyłączyłabym emocje płynące z wiadomości w telewizji, które zagłuszają moje własne uczucia. Pozbyłabym się iluzji, że status społeczny, władza czy pieniądze mogą uszczęśliwić. Przestałabym się spieszyć. 
Bez względu na to ile czasu mi jeszcze zostało chcę spędzić każdy mój dzień  tak, jakby był ostatnim.
      Wiosna to nie tylko pora roku. To stan ducha. Pachnące powietrze,  kwitnące drzewa...wszystko motywuje nas, by żyć.  Ale jeśli potrzebujecie jeszcze większej motywacji, przeczytajcie „Dzień, w którym nauczyłem się żyć” Laurenta Gounella, albo… zapytajcie Cygankę… 


piątek, 15 kwietnia 2016

Zaśnij ze mną.












       Wiadomo, że fajnie jest się do kogoś w nocy przytulić. Załóżmy, że mama przytula się do taty (załóżmy), Józio do misia... a Jurek? On przytula się do swojej książeczki. Daje jej buziaki, przykrywa kołderką, robi "cacy, cacy", a nawet z nią ziewa. I tak kilka razy dziennie. Straszny śpioch z tej książeczki, ale Jurek bardzo ją kocha! 

niedziela, 10 kwietnia 2016

Mały żółty i mały niebieski.

To jest mały niebieski.

Mieszka w domu z niebieską mamą i niebieskim tatą.





























Mały niebieski ma wielu przyjaciół.































Ale jego najlepszym przyjacielem jest mały żółty.





























Pewnego razu mama niebieska wybrała się na zakupy i powiedziała do małego niebieskiego: - Zostań w domu.
Jednak mały niebieski wyszedł, bo bardzo chciał się spotkać z małym żółtym.





























Szukał go wszędzie... aż nagle, tuż za rogiem spotkał małego żółtego!




















Bardzo ucieszyli się ze spotkania i się przytulili.
I tak się przutulali, aż zmienili kolor na zielony.





























Co było dalej, dowiecie się z tej książeczki...




















...a my idziemy robić pranie:)